sobota, 25 kwietnia 2009

Rewolucja Tuska

Orig. title: Rewolucja Tuska
Author: Zdzisław Krasnodębski
Published: Rzeczpospolita.pl, 18-04-2009


Wielki, coraz bardziej realny sukces Platformy zagraża polskiej demokracji - pisze prof. Zdzisław Krasnodębski


Narzeka się często na brak konkretnych osiągnięć rządów PO. Niedawno Rafał Ziemkiewicz napisał w „Rz”, że jest to najgorszy rząd dwudziestolecia. Ale pod rządami Donalda Tuska dokonuje się jednak zasadnicza przemiana polskiej polityki. Gdyby się okazała trwała, Polska już nie będzie taka sama.

Rewolucja ta wyraża się w liczbach. Według wielu badań z ostatniego roku Polacy dobrze zdają sobie sprawę z tego, że rząd Tuska nie może pochwalić się realnymi sukcesami. Według jednego z sondaży 79 proc. badanych nie było w stanie podać żadnego problemu, który rozwiązał rząd. A mimo to Polacy wydają się w swojej większości nadal niezmiernie zadowoleni z dokonanego w 2007 r. wyboru. W tym samym sondażu aż 54 proc. badanych deklarowało, że popiera PO. Wygląda więc na to, że pierwszy raz większość Polaków nie oczekuje od rządzących tego, czego obywatele wymagają zazwyczaj od rządów w krajach demokratycznych – rozwiązywania problemów. Co więcej, wydaje się, że ten rząd nie oczekuje też tego od siebie – co najwyżej byłby skłonny zająć się nimi w przyszłości lub scedować je na społeczeństwo. Determinację rząd Tuska wykazywał tylko w dwóch sprawach – mediów publicznych oraz prywatyzacji szpitali, ale obu na szczęście nie doprowadził na razie do końca.

Wystarczy dobra prezencja

Oczywiście zdolność do rozwiązywania problemów nigdy nie była silną stroną polskiej polityki, a w kampaniach obiecywano co popadnie. Leszek Miller zapowiadał nawet, że na wierzbach wyrosną gruszki. Potem niemal wszyscy rządzili mniej więcej tak samo. Ale dzisiaj polityczna indolencja, nazwana szumnie, lecz niedorzecznie postpolitycznością, została podniesiona do rangi doktryny państwowej i zaakceptowana społecznie.

Czego więc Polacy oczekują od rządu? Po pierwsze, żeby dobrze wypadał, dobrze ich reprezentował i nie przynosił im wstydu – a dokładnie mówiąc tego, co w ich oczach uchodzi za wstyd. Po drugie, żeby zostawił ich w spokoju, jeśli tylko nie zagrozi im kryzys gospodarczy. A po trzecie, by zapewnił im rozrywkę przez gnębienie i piętnowanie tych, którzy zostali uznani za wrogów publicznych.

Rządy PiS w niestabilnej koalicji z Samoobroną i LPR nie robiły dobrego wrażenia. Media się starały jak mogły, by to złe wrażenie pogłębić. Przez ostatnie półtora roku dodatkowo jeszcze przeczerniano przeszłość, zmieniając ją w zupełną karykaturę. Sam PiS zrobił zbyt mało, by się temu przeciwstawić. Na przykład nie sporządził własnego bilansu zamknięcia, nie spróbował zbudować własnej przekonującej kontrnarracji lat 2005 – 2007, która nie ograniczałaby się tylko do słusznych, ale bezradnych, narzekań na media. Oczywiście byłoby to trudne. Trauma porażki była wielka, a przeciwnicy polityczni zastosowali jedną z najbardziej skutecznych w polskich warunkach broni – ośmieszanie i drwiny.

Warto dodać, że dobre reprezentowanie w odczuciu większości Polaków sprowadza się do tego, żeby się dobrze prezentować – w kraju i za granicą. Na tym przecież polegał fenomen popularności Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich. Od tego czasu niewiele się zmieniło. Popularność Radosława Sikorskiego czy Donalda Tuska wynika głównie z tych samych operowomydlanych marzeń. Sukces w polityce zagranicznej to albo pochwały Zachodu, albo uzyskanie z Unii pieniędzy (czy i na co je wydatkujemy, już nikogo nie interesuje), albo wygranie jakichś rozgrywek personalnych, na przykład zablokowanie Eriki Steinbach lub umieszczenie Radosława Sikorskiego na pozycji sekretarza NATO. Polacy nie mają pojęcia o polityce światowej, nie interesują się nią. Nie czytają prasy polskiej, a co mówić o zagranicznej. Dotyczy to także niektórych największych gwiazd polskiego dziennikarstwa. Media polskie donoszą o świecie co najwyżej wtedy, gdy zdarzy się gdzieś katastrofa, na co dzień wolą koncentrować się na wewnętrznych awanturach. Jeśli chodzi o warszawskie plotki i personalne spory, każdy jest specjalistą. Wystarczy ustawić przed kamerą polityka o niewyparzonym języku, trochę go pobudzić, i już program gotowy. Polacy postrzegają więc politykę zagraniczną w znanych sobie kategoriach rywalizacji sportowej, która ma służyć leczeniu ich zbiorowych kompleksów. Nie ma w tej perspektywie wielkiej różnicy między Robertem Kubicą a Radosławem Sikorskim. Dlatego tak łatwo przychodzi rządowi chwalić się rzekomymi sukcesami, jak pakiet energetyczny lub Partnerstwo Wschodnie. W rzeczywistości nasze relacje z sąsiadami wcale się nie polepszyły, co widać natychmiast, gdy Polska odważy się zająć odmienne od nich stanowisko. Nasza pozycja w Europie i w stosunku do USA zdecydowanie osłabła.

NZS na miejsce "Ordynackiej"

PiS doszedł do władzy z bardzo ambitnym hasłem budowy IV Rzeczypospolitej, a więc głębokiej reformy państwa. Cel był prosty i jasny – zbudowanie silnego, suwerennego państwa, które wreszcie upora się z komunistyczną przeszłością i korupcyjnymi układami oraz zniweluje rosnące różnice materialne, nie w imię socjalistycznej równości, lecz narodowej, republikańskiej solidarności. Okazał się wtedy, że był to program ponad siły tej partii, ale – co gorsza – także ponad siłę i ambicję Polaków. Ostatecznie wybrali oni spokój zamiast politycznych sporów, dążenia do przebudowy państwa i politycznej walki o pozycję Polski w Europie. Niechęć do wysiłku intelektualnego i politycznego wynika również z tego, że ostatnie lata były wyjątkowo pomyślne pod względem gospodarczym. Tuska wyniosła do władzy koniunktura. Rosnące zarobki i silna złoty sprawiały, że społeczeństwo stało się względnie zadowolone i syte. Platforma zagwarantowała bezpieczeństwo rozmaitym grupom i środowiskom, zaniepokojonym radykalnymi działaniami, a często samą tylko retoryką PiS – od korporacji adwokackich, przez szarą strefę biznesu, po zatrwożoną lustracją elitę. Wprawdzie PO nie do końca realizuje postulaty tych grup, ostrożnie wybierając „trzecią drogę”, ale faktycznie stała się ich parasolem ochronnym. Świadczyły o tym nominacje Zbigniewa Ćwiąkalskiego i Krzysztofa Bondaryka.

Afery Jacka Karnowskiego i senatora Misiaka pokazały, jak bardzo w PO biznes splata się z polityką. Wprawdzie obaj zostali usunięci z partii, lecz jej systemowy charakter pozostał niezmieniony. Dzisiaj wyraźnie widać, że jej walka z SLD w poprzednich latach, przyłączenie się do idei IV RP, wynikała raczej z chęci pokonania konkurencyjnej, eseldowskiej grupy polityczno-biznesowej, a nie chęci zmiany reguł gry i budowy państwa prawa. Dawni członkowie NZS chcieli zastąpić „Ordynacką”. Nepotyzm PSL został po bardzo krótkotrwałym oburzeniu społecznie zaakceptowany. A fakt, że ministrem mógł zostać Michał Boni, oraz zaciekła obrona Wałęsy są czytelnym sygnałem dla środowisk zaniepokojonych ujawnianiem przeszłości.

Niesiona poparciem większości mediów i grup interesów Plaforma doskonale zaspokaja potrzeby ludu na rozrywkę polityczną. Obsługuje wiele gustów, ale obietnica zmiany stylu – z pełnego spięć i nienawiści na pełen rozwagi, spokoju i miłości – została zrealizowana w równym stopniu co obietnica przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Tyle że teraz nienawiść kieruje się w stronę tych, których nienawidzić można i należy: od prezydenta przez „pisowskich” dziennikarzy i „pisowskie” instytucje po najsławniejszego magistra historii ostatniego dwudziestolecia Pawła Zyzaka.

Nową cechą dyskursu politycznego jest niemal całkowite wypranie go z treści. Standardem stały się argumenty ad hominem, wyśmiewanie się z nazwisk, happeningi telewizyjne. Przymiotnik pisowski, uchodzący za dyskwalikującą politycznie i obywatelsko obelgę, używany jest mniej więcej w ten sam sposób co przymiotnik rewizjonistyczny lub syjonistyczny w latach 60. oraz burżuazjny i reakcyjny w latach 50. Stosowany jest do każdego niewygodnego poglądu niezgodnego z linią obozu rządzącego i wspierających go mediów. Politycy rządzącej partii, dysponujący pełnią środków władzy, mówią bez żenady o „pisowskich resztkówkach”, o „pisowskim prezydencie”, o „pisowskich publicystach” czy wręcz „pisowskich lizusach”.

Nie ulega przy tym wątpliwości, że Platforma dokonała prawdziwej rewolucji środków uprawiania polskiej polityki – na gruncie przygotowanym przez Kazimierza Marcinkiewicza. Profesjonalizacja polskiej polityki polega na większej niż kiedykolwiek skuteczności oddziaływania na nastroje społeczne. Platforma sprawnie zarządza zbiorowymi emocjami i wyobrażeniami, wykorzystując niski stopień wykształcenia polskiego społeczeństwa, którego wcale nie podniosło wyprodukowanie przez prywatne pseudowyższe uczelnie tysięcy ćwierćinteligentów (co uznano za jeden z największych sukcesów III RP).

Postpolityczność, czyli prywata

Rządy Platformy stanowią nową jakość w polskiej polityce także pod innym względem. Otóż pierwszy raz się zdarzyło, że ktoś obejmujący urząd premiera otwarcie i niemal całkowicie podporządkował swoje działania osiągnięciu innego stanowiska – tylko nominalnie wyższego, lecz oznaczającego, przynajmniej dotąd, znacznie mniejszy zakres realnej władzy: prezydentury. Tak chwalona „postpolityczność” jest przede wszystkim próbą realizacji tego celu bez względu na koszty, jakie z tego powodu mogłaby ponieść Polska. Podobnie stało się w polityce zagranicznej. Minister postanowił zostać sekretarzem generalnym NATO. Od początku szanse miał nikłe. I bynajmniej nie chodziło tylko o jego stosunek do Rosji. Amerykanie nie mogli nie zauważyć nielojalności Radosława Sikorskiego, i to nie tylko w stosunku do swoich dawnych politycznych sojuszników, lecz także do siebie samego sprzed paru lat. Ponadto Niemcy na pewno nie zapomnieli tego, co mówił, gdy był ministrem obrony w rządzie PiS, choć jego dzisiejsze pokłony w ich stronę oraz stronę Rosji są przyjmowane z satysfakcją. Przekonanie, że po ostatnich wypowiedziach o Steinbach (o tym, że przyjechała do Polski z Hitlerem i razem z nim z niej wyjechała), kanclerz Niemiec mogłaby poprzeć kandydaturę Sikorskiego, świadczy o całkowitej nieznajomości nastrojów nad Szprewą i Renem. Jak wiadomo, sam zainteresowany ogłosił, że nigdy nie był kandydatem. Tę misterną grę mogącą co najwyżej zachwycić publiczność „Szkła kontaktowego” zakończono mocnym akordem – Donald Tusk wystąpił z bezprzykładnym atakiem na prezydenta jeszcze w czasie trwania szczytu. Nawet gdyby wersja zdarzeń prezentowana przez Platformę była prawdziwa, rozpętanie tej awantury pokazuje, jak bardzo dobro państwa zostało podporządkowane osobistym ambicjom tego polityka.

Wszystkie te gry i zabawy nie byłyby możliwe bez innej zasadniczej zamiany – bez nowej konfiguracji polskiej sceny politycznej. Przez lata symboliczna bariera dzieliła ją na dwa segmenty: ludzi „Solidarności” i ludzi PZPR. Tylko nieliczni, jak Barbara Labuda czy Andrzej Celiński, skłonni byli zmienić identyfikację polityczną, mimo że w istocie nie było nigdy zasadniczych różnic między lewicą postsolidarnościową i liberalnymi postkomunistami. Łączyło ich i pokrewieństwo ideowe, i wspólne polityczne interesy. Nie przypadkiem pierwsi na masową skalę zignorowali tę barierę demokraci.pl.

Dzisiaj już ona nie istnieje. Nikogo już nie szokuje widok Onyszkiewicza obok Rosatiego, Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego stających ramię w ramię z Kwaśniewskim, Danuty Hübner na listach Platformy czy poparcie Tuska dla Cimoszewicza. Platforma przejęła klientelę SLD i dawną klientelę UW, zespalając w jednej wielkiej rodzinie autorytety z jednej i z drugiej strony. Dziś nie ma już obrońców PRL. Nawet eseldowcy o nim jakby zapomnieli. Walka toczy się natomiast o dziedzictwo „Solidarności”. Sztandarem, pod którym skupili się ci koalicjanci, stał się Lech Wałęsa – ale nie Wałęsa przywódca antykomunistycznego powstania, lecz Wałęsa kompromisu, Wałęsa – ofiara IPN, Wałęsa, którego słabości miałyby być usprawiedliwieniem dla niemal każdego TW.

Koniec politycznego postkomunizmu oznacza także ujawnienie sztuczności wszystkich innych identyfikacji politycznych. W rezultacie panuje całkowita dowolność i zmienność. Decydują tylko lojalności grupowe i kalkulacja polityczna. Dawni politycy PiS wspierają Platformę – i vice versa. Można sobie wyobrazić, że w przyszłości politycy centrolewicy lub niektórzy działacze SLD znajdą się w Platformie, która w Polsce chciałaby uchodzić za liberalną, w Europie za chadecką, a w istocie jest przede wszystkim partią antypisowską, pozwalając nawet dawnym beneficjentom PRL przywdziać postsolidarnościowy kostium. W dodatku przeżywamy smutny zmierzch autorytetu politycznego Kościoła. Nie jest on w stanie zmierzyć się z problemem przeszłości. To nie jest już Kościół kardynała Wyszyńskiego. Nie jest to Kościół, który dał światu Jana Pawła II. Nikt już nie jest interreksem.

Koniec pluralizmu?

Spychając medialną ofensywą PiS na margines, wasalizując i przekupując PSL oraz przejmując resztki politycznego postkomunizmu, Platforma ma więc szansę zrealizować to, co kiedyś zapowiadało PiS – budowę partii obejmującej szerokie spektrum wyborców – tyle że w wariancie centrowo-lewicowym. Ten wielki, coraz bardziej realny sukces Platformy zagraża jednak polskiej demokracji. Dotąd żadna partia w Polsce nie była w stanie zmonopolizować sceny politycznej. SLD z powodu swojej haniebnej przeszłości zawsze musiał powściągać swe zapędy i liczyć się z oporem tych Polaków, którzy byli związani z ruchem „Solidarności”. PiS zaś nigdy polskiej demokracji i wolności nie zagrażało – zagrażało tylko establishmentowi III RP. Opór wobec jego działań był zresztą zbyt wielki, aby mogło ono w jakimkolwiek stopniu zagrozić politycznemu lub ideowemu pluralizmowi. Zagrożenie zaś ze strony populizmu w wydaniu plebejskim lub narodowo-radykalnym było tylko płodem histerycznej imaginacji.

Źródłem niebezpieczeństwa nie jest dzisiaj siła Platformy, lecz filozofia i praktyka jej rządów. Po pierwsze Platforma, mająca w swej nazwie „Obywatelska”, traktuje Polaków nie jak obywateli, lecz jak manipulowalną masę, niwecząc niedawne nadzieje na renesans republikańskiego ducha. Świadczy o tym nieznana w rozwiniętych demokracjach kariera specjalistów od wizerunku oraz PR, czyli propagandy.

Po drugie PO dąży bez zahamowań do zniszczenia największej partii opozycyjnej. A ponieważ tego rodzaju dążenie nigdy jeszcze nie zyskiwało taki wielkiego poklasku i poparcia, możliwość zniesienia de facto politycznego pluralizmu staje się realna.

Po trzecie Platforma podjęła działania zmierzające do likwidacji mediów publicznych jako forum publicznej debaty. Media prywatne, których poziom zdecydowanie się obniżył, w pogoni za widzem kierują się zyskiem oraz interesem politycznym właścicieli, a nie troską o jakość polskiej demokracji. Tylko tym daje się wytłumaczyć niemal stałą obecność w nich ludzi, których w normalnym państwie, o jakim takim poziomie cywilizacyjnym, wstydzono by się pokazywać i odmawiano oglądać.

Po czwarte pod patronatem PO nastąpiła daleko idąca degrengolada debaty publicznej. Można dyskutować z poglądami i opiniami, nie da się dyskutować z obelgami. W dodatku wtedy, gdy już padają argumenty, mają czysto instrumentalny charakter. Oto na przykład ci, którzy jeszcze niedawno występowali przeciw jakiejkolwiek polityce historycznej, twierdząc, że zajmowanie się upamiętnianiem przeszłości nie jest zadaniem państwa, dzisiaj chcieliby uprawiać totalistyczną politykę historyczną, zakazując publikacji i przedsięwzięć niezgodnych z przygotowywanymi uroczystościami państwowymi. Destruktorzy narodowych mitów chcą teraz budować spiżowe pomniki – często swoje własne.

Po piąte Platforma pozwala sobie na otwarte lekceważenie podstawowych zasad wolnościowego ustroju – wolności słowa, wolności badań naukowych i autonomii uniwersytetów. Fakt, że premier wypowiada się na temat pracy magisterskiej, że próbuje się przeprowadzić kontrolę na UJ, nasyłając „niezależną” komisję akredytacyjną pod przewodnictwem senatora Platformy (nie przyszło mu oczywiście do głowy, aby po objęciu mandatu zrezygnować z tego stanowiska) oraz nieuzasadniony atak na IPN są rzeczą bez precedensu w ostatnim dwudziestoleciu.

Dekretowanie metodologii

Charakterystyczne jest to, że sprzyjające Tuskowi media zagraniczne przemilczały te zdarzenia, gdyż są one w najwyższym stopniu kompromitujące. Nie do pomyślenia jest bowiem, by w jakimkolwiek kraju zachodnim szef rządu wypowiadał się na temat najgorszej nawet pracy magisterskiej, doktorskiej lub habilitacyjnej. Jedynym zadaniem polityków wobec uniwersytetów jest tworzenie ogólnych reguł ich działalności, a nie ingerencja w treść nauczania lub prac naukowych.

Wystąpienie Donalda Tuska, a potem nadgorliwa akcja minister Barbary Kudryckiej, nie były przypadkowe. Doskonale wpisują się w mechanizm opanowywania sfery publicznej, demonizowania i likwidowania przeciwników ideowych. Nietypowa było tylko próba użycia środków bezpośredniej kontroli. Sposób postępowania w sprawie habilitacji Marka Migalskiego pokazuje, że istnieją metody bardziej efektywne, a nasycone ludźmi dawnego reżimu środowiska akademickie gotowe są do ich użycia.

Tym razem piewcy tolerancji, którzy przy innych okazjach deklamowali przypisywane Wolterowi słowa o tym, że trzeba bronić wolności wypowiedzi także tych, z którymi się nie zgadzamy, milczeli jak zaklęci. W ataku na młodego autora, na jego promotora – jednego z najwybitniejszych polskich historyków – oraz na kierownictwo IPN nastąpiło klasyczne odwrócenie znaczenia słów, zgodnie z najlepszymi wzorami marksistowskiej dialektyki. Nagonka prowadzona jest pod hasłem obrony Lecha Wałęsy przed nagonką, łamanie zasad pod hasłem obrony zasad, oskarżając IPN o partyjność chce się go upartyjnić, a pod pozorem obrony naukowych standardów dokonuje się zamachu na ich podstawę.

Pierwszy raz od lat 50. metodologia stała się sprawą polityczną, choć wszyscy wiedzą, że chodzi o coś zupełnie innego – o nieprzyjemne fakty i mało hagiograficzną narrację. Ci, którzy jeszcze nie tak dawno twierdzili, że bardziej niż dokumentom należy wierzyć składanym ustnie po latach oświadczeniom funkcjonariuszy SB lub że trzeba bezwzględnie ufać każdej, nawet spisanej po latach, relacji ofiar pogromu, utrzymują obecnie, że ustne świadectwa dawnych opozycjonistów czy mieszkańców miejscowości, gdzie mieszkał kiedyś Lech Wałęsa, w ogóle nie mogą być traktowane jako źródła. Nie odróżniają oni źródeł anonimowych od anonimizowanych, których użycie jest standardem w naukach społecznych stosujących metody jakościowe. W istocie zaś rządzący i establishment chcieliby zadekretować taką „metodologię”, dzięki której na końcu zawsze pojawiałaby się książka napisana w duchu profesora Friszkego lub artykuł w stylu niezależnego publicysty Mirosława Czecha.

Nienapisane książki

Tak kompromitująca polskie „liberalne” elity sprawa pokazuje raz jeszcze, jak wiele z mentalności komunistycznej przetrwało w III RP. Bardzo często słyszymy, że nie można badać biografii tych, którzy wywalczyli dla nas wolność. Znaczyłoby to jednak, że ta wywalczona przez nich wolność jest jakąś inną wolnością niż ta, która panuje w krajach prawdziwie demokratycznych i wolnych – i ta, o którą nam kiedyś chodziło. Obama nie wysyła kontroli na Harvard, Merkel nie organizuje konferencji metodologicznych na uniwersytecie w Heidelbergu, Sarkozy nie recenzuje prac magisterskich obronionych na Sorbonie, Bush nie próbował zamknąć ust autorom nawet najbardziej krytycznych wobec niego publikacji. Historia III RP była i jest historią nienapisanych książek, tematów tabu, niedopowiedzeń i sekretów. I nie chodzi tylko o biografie głównych bohaterów czasu przełomu, jak: Wałęsy, Mazowieckiego, Kuronia, Geremka, Michnika, Bujaka, lecz o najważniejsze procesy ostatniego dwudziestolecia od prywatyzacji poprzez budowę partii politycznych, po przekształcenia i trwanie poszczególnych instytucji. Książka Pawła Zyzaka, zestawiając sprzeczne ze sobą wypowiedzi Wałęsy, dotyczące przełomowych chwil jego życia uświadamia nam, jak wiele niewyjaśnionych faktów jest w jego życiu i w całej najnowszej historii Polski.

IV Rzeczpospolita miała być republiką wolności i prawa. Niewątpliwie w ostatnich latach udało się poszerzyć przestrzeń debaty i przestrzeń wolności. Dzisiaj trwa kontrofensywa. Dalsze skonsolidowanie i umocnienie władzy Platformy może naruszyć fundamenty polskiej demokracji. Partia liberałów stała się największym od 1989 roku zagrożeniem dla wolności i suwerenności Polaków. Filozof Joseph de Maistre twierdził, że każdy naród ma taki rząd, na jaki zasługuje. Na pewno należy ograniczyć ważność tego stwierdzenia do narodów wolnych. Inaczej musielibyśmy uznać, że zasługiwaliśmy na rządy Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Zapewne Polacy w pełni zasługują na rządy Donalda Tuska. Miejmy jednak nadzieję, że nie zasłużą na jego prezydenturę.

Zdzisław Krasnodębski jest socjologiem i filozofem społecznym, profesorem Uniwersytetu w Bremie i UKSW w Warszawie. Współpracuje z „Rzeczpospolitą”
Rzeczpospolita

środa, 25 marca 2009

Nadciąga burza

Orig. title: Nadciąga burza
Author: Stefan Wagstyl
Published: Onet.pl za Financial Times, 25.03.2009

W ciągu ostatnich 20 lat zagraniczni przedsiębiorcy pracujący w środkowej i wschodniej Europie obserwowali nieustanną poprawę lokalnych warunków działania przedsiębiorstw. Szczególnie w 10 krajach, które w 2004 r. dołączyły do Unii Europejskiej. Zmiany w prawie, przepisach i praktykach handlowych, integracja z zachodnią Europą, olbrzymie inwestycje w infrastrukturę, a przede wszystkim gwałtowny wzrost gospodarczy, zmieniły warunki działania przedsiębiorstw.
Ale teraz globalny kryzys ekonomiczny sprawił, że trudności nabierają nowego wymiaru. Kryzys uderza w region głównie poprzez sektor finansowy. Banki z zachodniej Europy, dominujące na rynku, przeżywają zarówno bezprecedensowe trudności w refinansowaniu codziennych operacji, jak i w zdobywaniu kapitału niezbędnego do wyrównania zestawień bilansowych, koniecznego do poradzenia sobie ze wzrostem nieściągalnych należności.
Akcja kredytowa spadła gwałtownie, pozostawiając firmy, zwłaszcza mniejsze, w rozpaczliwej sytuacji finansowej. Tak jak w zachodniej Europie, przedsiębiorstwa są coraz ostrożniejsze w doborze klientów i dostawców, jak też w ustalaniu warunków umów. Firmy wolą zaufać znanym już sobie kontrahentom, co powoduje, że znacznie trudniej jest wejść na rynek nowym przedsiębiorcom.
I choć wszystkie te trudności pojawiły się również w Europie Zachodniej, to w niektórych krajach Europy Wschodniej są one znacznie poważniejsze, zwłaszcza w tych w największym stopniu zależnych od finansów zagranicznych.
Katinka Barysch z ośrodka badawczego Centre for European Reform pisze w najnowszym raporcie: "Najwyraźniej tradycyjny model wzrostu w środkowej i wschodniej Europie załamał się, przynajmniej w chwili obecnej".
Ale trzeba pamiętać, że region składa się z państw o coraz bardziej zróżnicowanych warunkach. W miarę jak powszechna ideologia komunistyczna odchodziła w przeszłość, warunki ekonomiczne znalazły się pod wpływem zupełnie nowych polityków. Na przykład na Węgrzech, lata rozwoju oparte na pożyczkach rządowych wpędziły kraj w kryzys gospodarczy i zmusiły rząd do starania się o pomocową pożyczkę z Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Natomiast w krajach Europy Środkowej – Polsce, Czechach i Słowacji – budżety były bardziej napięte i kraje te lepiej przetrwały burzę. Słowacja, tak jak Słowenia zyskały dodatkową przewagę z faktu przynależenia do strefy euro.
- To, co zostało utracone w tym kryzysie, to zdolność ludzi do różnicowania - mówi Manfred Wimmer, dyrektor finansowy austriackiego banku Erste Group, prowadzącego zakrojone na dużą skalę działania we wschodniej Europie.
Trudności są szczególnie istotne dla zagranicznych przedsiębiorców po raz pierwszy wchodzących na rynek w regionie. Agencje rządowe i izby gospodarcze mają świadomość istniejących problemów i oferują pomoc w uzyskaniu informacji i nawiązaniu kontaktów. Tym niemniej, tak jak w zachodniej Europie, władzom trudno jest neutralizować nadmierną ostrożność rynku, zwłaszcza w mającym kluczowe znaczenie sektorze bankowym.
Inwestycje zagraniczne kurczą się dramatycznie. Instytut Finansów Międzynarodowych – grupa zajmująca się sektorem bankowym – szacuje, że przepływ kapitału prywatnego na europejskie rynki wschodzące (wliczając w to Rosję i Turcję) zmalał z 283 mld funtów w 2007 r. do 183 mld funtów w 2008 r., a w tym roku do chwili obecnej wyniósł jedynie 21 mld funtów. Gwałtowny zwrot w finansach bankowych miał radykalny wpływ na te wyniki: zmniejszając napływ kapitału z 156 mld funtów w 2007 r. do 88 mld w zeszłym roku, a prognozy dotyczące odpływu gotówki netto mówią o 19 mld funtów w tym roku.
A jednak w tych warunkach można z sukcesem prowadzić przedsiębiorstwa. Zaostrzone kryteria przyznawania kredytów spowodowały spadek cen aktywów, ponieważ obciążeni długami właściciele zostali zmuszeni do pozbywania się ich lub całkowitej wyprzedaży po cenach, jakie jeszcze rok temu wydałyby im się niepoważne.
Ci właściciele, których stać na czekanie na lepsze czasy będą czekali, ale inni nie mogą. Dla inwestorów zasobnych w gotówkę jest to rzadka okazja do inwestowania w regionie za ceny, jakich nie widziano tu od lat. Firmy przemysłowe, grupy inwestujące na niepublicznym rynku kapitałowym i bogate osoby prywatne wciąż węszą wokół, w nadziei na schwytanie okazji.
Wśród nich znajduje się na przykład czeski przedsiębiorca Zdenek Bakala. Jego firma węglowa New World Resources kupuje 25% udziałów w Ferrexpo, ukraińskiego producenta rud żelaza od głównego akcjonariusza firmy Konstantina Żewago, po tym jak ten ostatni z powodu problemów finansowych musiał sprzedać udziały.
To samo dotyczy handlu. Rok temu firmy podnosiły ceny na swoje produkty, ale teraz muszą je zmniejszać. W porównaniu z firmami z Europy Zachodniej, będzie łatwiej im tego dokonać, ponieważ są bardziej elastyczne i w ciągu ostatnich 20 lat przeżyły już serię mini-kryzysów.
Na przykład, niższe koszty pracy były powodem, dla którego Dell, producent komputerów zdecydował się na zmniejszenie działalności w Irlandii i przeniesienie jej do istniejącej już fabryki w Polsce. Ostry spadek wartości walut w Europie Wschodniej również przyczynił się do większej konkurencyjności eksporterów w regionie.
Jednocześnie kryzys miał niewielki wpływ na łatwość prowadzenia przedsiębiorstw, jeśli chodzi o bariery urzędnicze i biurokrację. Ale taka sytuacja może nie potrwać długo, jeśli rządy zwiększą swój udział w kierowaniu gospodarką. Jak podkreślił w rocznym sprawozdaniu Europejski Bank Współpracy i Rozwoju, opublikowanym jesienią zeszłego roku: "Choć w ciągu minionego roku nie stwierdzono poważnego odwrotu od reform w żadnym z krajów transformacji gospodarczej, znalazły się niepokojące przypadki, w których państwa narzuciły swoje kierownictwo w kluczowych sektorach gospodarki, a dotyczy to zwłaszcza Rosji".

Po latach reform, warunki w najbardziej rozwiniętych krajach Europy Wschodniej są zbliżone do poziomów w Europie Zachodniej. Bank Światowy doniósł w lecie zeszłego roku, że Słowacja (najwyżej notowane wschodnioeuropejskie państwo) znalazła się na 36. miejscu światowej listy krajów, ocenianych na podstawie łatwości założenia firmy i podobnych zadań, jedynie dziewięć miejsc za Austrią. Węgry też nie były daleko w tyle, zajmując 41. pozycję. Choć trzeba też przyznać, że wschodnioeuropejski „ogon” jest dość długi – Czechy zajmują 75. pozycję, Polska 76., a Ukraina 145. A Bank Światowy nie obejmuje całego obrazu. Bułgaria i Rumunia spełniają dobrze brane pod uwagę kryteria, plasując się na 45. i 47. miejscu, ale mają złą opinię z powodu korupcji.

Niektórzy obserwatorzy obawiają się, że jeśli wzrośnie gospodarcza rola państwa, to utrudni to prowadzenie przedsiębiorstw, zwłaszcza nowym uczestnikom gry, których wiedza o krajowych praktykach biurokratycznych jest niewielka. Pavol Demes, były słowacki minister spraw zagranicznych i szef biura studiów amerykańskiego ośrodka badawczego German Marshall Fund na Europę Środkową i Wschodnią mówi, że ludzie zaczynają "kwestionować" liberalną demokrację, gospodarkę rynkową i rozluźnienie ram regulacyjnych ostatnich lat.

Ivan Krastew, przewodniczący Centrum na rzecz Strategii Liberalnych, bułgarskiego ośrodka badawczego ostrzega, że kryzys podważa zaufanie do ludzi, którzy są najpoważniejszymi zwolennikami globalizacji, stwarzając jednocześnie szansę działania ich przeciwnikom, skoncentrowanym politycznie na sprawach wyłącznie krajowych. Jak mówi, "najbardziej cierpią na tym najlepiej zintegrowane, najlepiej zarządzane i nastawione na zachód firmy".
Ale w tej chwili te zagrożenia nie powinny być przejaskrawiane. Kraje wewnątrz Unii Europejskiej będą zobowiązane do działania zgodnie z zasadami wspólnego rynku. Kraje kandydujące również będą musiały ich przestrzegać, ponieważ w innym wypadku wystawią na niebezpieczeństwo swoją możliwość przyłączenia. I choć populistyczni liderzy mogą domagać się na przykład polityki protekcjonistycznej, rządy wschodnioeuropejskie będą musiały pamiętać, że w dużym stopniu są beneficjentami unijnych programów pomocowych, finansowanych przez państwa zachodnioeuropejskie.
Dla ponadnarodowych przedsiębiorstw główną atrakcją w regionie wciąż są niskie koszty pracy i wysoko wykwalifikowana kadra wewnątrz ogromnego unijnego rynku. Nawet w najgorszym momencie kryzysu firmy są tego w pełni świadome.
Sergio Marchionne, prezes Fiata, zwrócił ostatnio uwagę, że jedna polska fabryka grupy produkuje 400 tys. samochodów rocznie, podczas gdy sześć włoskich fabryk razem produkuje ich 600 tys. -Oni idą jak burza - powiedział w wywiadzie dla włoskiej gazety.
Może się również okazać, że na dłuższą metę nie da się jej powstrzymać.

Autor - Stefan Wagstyl, redaktor wydania na Europę Wschodnią
© The Financial Times Limited 2009

poniedziałek, 23 marca 2009

Torowiska pod szkłem


Torowiska pod szkłem

Orig. title: Torowiska pod szkłem

Author: Piotr Szymaniak
Published: "Życie Warszawy"; ostatnia aktualizacja 22-03-2009 21:49

Kolejowe szyny znikną z centrum stolicy. A przynajmniej nie będzie ich widać. Przykryją je platformy, na których wyrosną nowoczesne wieże. Nowe przepisy scalą „poszatkowaną” dziś torami Warszawę.
Inwestorzy od lat zabiegają o zabudowanie linii średnicowej
autor zdjęcia: Rafał Guz
źródło: Fotorzepa
Inwestorzy od lat zabiegają o zabudowanie linii średnicowej
+zobacz więcej
Nad Trasą Łazienkowską ma powstać na platformie Muzeum Historii Polski. Jest zgoda na budowę. Z kolei gmach Centrum Nauki Kopernik już rośnie nad Wisłostradą. Teraz pora na koleje – twierdzą urbaniści.
W Ministerstwie Infrastruktury trwają prace nad zmianą zapisów w prawie zabudowy. Zmodyfikowane uregulowania otworzą drogę do zabudowania górą kolejowych trakcji.

Dzierżawa to za mało
– Od paru lat prowadzimy rozmowy z inwestorami, którzy są zainteresowani postawieniem wysokościowców nad linią średnicową między ul. Żelazną a Towarową – przyznaje Michał Wrzosek, rzecznik PKP S.A.
– Deweloperów odstraszają jednak przepisy. Teraz PKP może wydzierżawić miejsce nad torami pod potencjalną zabudowę maksymalnie na 30 lat – tłumaczy Wrzosek.
A to nikogo nie satysfakcjonuje. Koszt budowy wieżowca w centrum to ok. 200 mln euro. Przy tak krótkim czasie dzierżawy inwestycja może się nawet nie zwrócić. W dodatku inwestor musiałby albo sam wyłożyć potrzebną kwotę, albo korzystać z drogich pożyczek bankowych.
– Nie mając praw własności gruntu, nie może zaciągnąć najbardziej korzystnego kredytu hipotecznego – wyjaśnia Olgierd Dziekoński, wiceszef Ministerstwa Infrastruktury.

Wyprzedaż powietrza
Centrum Nauki Kopernik czy planowana siedziba Muzeum Historii Polski to inwestycje publiczne, dlatego mogą bez przeszkód powstać nad drogami, które także są własnością publiczną. Zadłużona po uszy kolej na zabudowę torów pieniędzy nie ma, a gruntu sprzedać nie może, bo jeżdżą po nim pociągi.
Nowe prawo da szansę zaoferowania wieczystego użytkowania przestrzeni nad trakcją, i to kilku inwestorom jednocześnie.
– Dzisiaj prawo własności gruntu odnosi się do wszystkiego, co jest nad nim i pod nim – wyjaśnia Dziekoński. – Jeśli wprowadzimy nowe przepisy, właściciel terenu będzie mógł zbyć prawo do zabudowy np. do 5. piętra firmie X, od 6. do 10. firmie Y, a jeszcze innej wyższe kondygnacje.
W ten sposób PKP Polskie Linie Kolejowe zostaną właścicielem infrastruktury, ale wszystko to, co jest nad nią, będzie już na sprzedaż.
Teraz pozostaje tylko rozstrzygnąć, jak nowe uregulowania dostosować do obowiązującego prawa. Według Dziekońskiego, wprowadzenie w życie zmian pozostaje już tylko kwestią czasu. Wówczas stolicy przybędzie ok. pięciu hektarów atrakcyjnych terenów pod inwestycje.

Zlepianie stolicy
– Zmiany legislacyjne są bardzo korzystne i ja je popieram. Pozwolą na realizowanie nowoczesnych założeń architektonicznych w Warszawie. Położy to kres sytuacji, w której kolej „rozcina” tkankę miejską– twierdzi Krzysztof Domaradzki, architekt i urbanista z pracowni Dawos, autor m.in. projektu zabudowy otoczenia dworca Stadion.

Oprócz okolicy praskiego dworca atrakcyjne pola do działania są też na Woli przy ul. Ordona, przy kolejowych rozjazdach obok Arkadii czy ulicy Jagiellońskiej. Przykryte wieżowcami wykopy dadzą szansę na połączenie Żoliborza ze Śródmieściem, Woli z Ochotą czy scalenie obu Prag.
Łatwiej też będzie uczynić z dworców np. Centralnego czy Śródmieścia nowoczesne stacje, wtapiając je w wielofunkcyjne wysokościowce.
Co można wybudować na torach? – W zasadzie wszystko – twierdzi Wrzosek. – Nie ma technicznych i technologicznych ograniczeń. Zabudowa musi być tylko zgodna z miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego.
– Nakrywając tory budynkami, zyskalibyśmy kolejną linię metra, a pozbylibyśmy się hałasu pociągów. Takie rozwiązania stosuje się wszędzie na świecie – dodaje Jakub Majewski z Instytutu Rozwoju i Promocji Kolei. Tory są „przykryte” w Nowym Jorku czy Londynie.

LINK

piątek, 20 marca 2009

Bracia Kaczyńscy określeni jako "agenci" i "faszystowscy dziwacy"

Orig. title: Bracia Kaczyńscy określeni jako "agenci" i "faszystowscy dziwacy"
Author: Przemysław Henzel
Published: Onet.pl 16:30 20 marca 2009
Pod adresem Lecha i Jarosława Kaczyńskich padły ostre słowa - zostali oni, wraz z kilkoma innymi politykami z Europy Środkowo-Wschodniej, określeni mianem "faszystowskich dziwaków" i "agentów Międzynarodowego Funduszu Walutowego i NATO". Opinię taką wyraził amerykański historyk i dziennikarz Webster Tarpley w filmie dokumentalnym "The Obama Deception".
"The Obama Deception" to najnowszy film kontrowersyjnego amerykańskiego dziennikarza Alexa Jonesa, którego osią jest próba wykazania, że Stanami Zjednoczonymi nie rządzi prezydent, lecz działająca z ukrycia "oligarchia", a Barack Obama to nie tylko marionetka w rękach kompleksu militarno-przemysłowego, ale także oszust zwodzący Amerykanów pustymi obietnicami, z których nie ma zamiaru się wywiązać.
W filmie pojawia się kilku gości, którzy dzielą się z widzami swoim zdaniem na temat Stanów Zjednoczonych oraz ich polityki wewnętrznej i zagranicznej; na ekranie można zobaczyć m.in. byłego gubernatora stanu Minnesota Jessego Venturę, rappera-komentatora politycznego KRS-One czy właśnie Webstera Tarpleya.
Z filmu wynika, że Barack Obama będzie kontynuował program tarczy antyrakietowej, którego elementy zostaną rozmieszczone w Polsce i w Czechach. W opinii reżysera filmu, a także Tarpleya, instalacja tarczy antyrakietowej w Europie Środkowo-Wschodniej służy taktyce "okrążania" Rosji. Dowodem na to ma być fakt,że w administracji Obamy funkcję sekretarza obrony sprawuje mianowany jeszcze przez Busha gen. Robert Gates.
- Wynikiem polityki, polegającej na ciągłym "mieszaniu" tuż przy granicy Rosji, wraz z "faszystowskimi dziwakami (ang. fascist creeps)", "agentami" Międzynarodowego Funduszu Walutowego i NATO, takimi jak Juszczenko z Ukrainy, albo Saakaszwili z Gruzji, albo ci bliźniacy Kaczyńscy z Polski czy ta zbieranina z Litwy, Łotwy i Estonii, oznaczającej, że jest się związanym z tymi "gangsterami", którzy mogą zdecydować o wywołaniu wojny, może być wybuch konfliktu, który z pewnością przekształci się w trzecią wojnę światowej - ocenia Webster Tarpley.
- To jest gorsze nawet od polityki neokonserwatystów, od polityki Busha i Cheneya, ponieważ oni nigdy nie posunęli się tak daleko jak Brzeziński, Soros inni ludzie, którzy "zarządzają" Obamą - dodaje. Kontrowersyjne słowa padają w 47. minucie filmu.
Tarpley to kontrowersyjny historyk i dziennikarz słynący ze swych lewicowych przekonań i wiary w teorie spiskowe, które w jego opinii, odkrywają prawdę o prawdziwej naturze światowej polityki. Według niego za atakami z 11 września 2001 roku stoi amerykański kompleks militarny i CIA, politykę USA kształtuje Wall Street i wielkie korporacje, a celem Waszyngtonu ma być stworzenie anglo-amerykańskiego Nowego Porządku Świata (NWO).
Portal Onet.pl skontaktował się z Kancelarią Prezydenta w sprawie kontrowersyjnych słów, które padają na temat głowy państwa. Kancelaria poinformowała jednak, że nie zapadła jeszcze decyzja, czy słowa, które padły na temat prezydenta RP w filmie, zostaną przez nią skomentowane. Czekamy na odpowiedź Kancelarii.

niedziela, 15 lutego 2009

Financial Times, 14.02.2009
Waluty w oku cyklonu
Waluty krajów Europy Środkowej i Wschodniej poniosły jak dotąd ogromne straty, ale wcale nie oznacza to, że będzie lepiej. Jedne z najwyższych deficytów na rachunkach obrotów bieżących wśród gospodarek rozwijających się są notowane właśnie w krajach tego regionu Europy. Dodatkowo są one mocno uzależnione od eksportu, a wszystko to w środku globalnego huraganu gospodarczego.

W tym miesiącu węgierski forint spadł do rekordowo niskiego poziomu 304,25 za 1 euro, a od początku roku deprecjacja sięgnęła 12 proc.

Polski złoty osiągnął swoje pięcioletnie minimum w stosunku do euro, a tegoroczny spadek sięgnął 11 proc. Czeska korona notuje najniższe wartości od trzech lat, a od początku stycznia straciła 7 proc.

Kraje tego regionu są jednymi z najbardziej podatnych na globalny kryzys. Analitycy uważają, że mają coraz większe problemy z finansowaniem ogromnych deficytów na rachunkach obrotów bieżących i spłacaniem zewnętrznych długów.

Według ING Financial Markets obsługa długu zewnętrznego Polski, Czech i Węgier będzie kosztować w tym roku ok. 100 mld dolarów. Biorąc pod uwagę wciąż utrudniony dostęp do rynków kredytowych, kraje te mogą mieć problem z ich spłacaniem.

Węgry były już zmuszone ubiegać się o pomoc od Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Nie można wcale wykluczyć, że podobnie trudna sytuacja spotka Polskę i Czechy.

Gerard Lyons z Standard Chartered mówi: "Zależność od napływu kapitału jest na alarmująco wysokim poziomie, jeśli brać pod uwagę globalne implikacje krachu kredytowego. Jeśli spada eksport i bezpośrednie inwestycje zagraniczne, w rezultacie następuje zwrot w strumieniach kapitału napływających do gospodarek wschodzących".

Według Instytutu Finansów Międzynarodowych, wartość strumienia netto pożyczek banków komercyjnych dla gospodarek wschodzących spadła z 410 mld dolarów w 2007 r. do 67 mld w 2008 r. Szacunki na rok bieżący mówią o 61 mld. – Nawet ta wartość może okazać się zbyt optymistyczna. Skala problemu sprawia, że Europa Wschodnia jest bardzo osłabiona – mówi Lyons.

Nigel Rendell, starszy strateg ds. rynków wschodzących w RBC Capital Market, mówi: "Europa Wschodnia jest zdecydowanie jednym z regionów, który przechodzi największe trudności. Oczekuję dalszych, ostrych spadków wartości lokalnych walut. Nie pomaga im spadek wartości rubla i w przeciwieństwie do Rosji nie mają one ogromnych rezerw walutowych".

Hans Redeker z BNP Paribas twierdzi, że są ewidentne podobieństwa między sytuacją gospodarczą i finansową europejskich gospodarek wschodzących a gospodarkami krajów wschodniej Azji przed kryzysem z 1998 r. Kryzys azjatycki poprzedził gwałtowny wzrost wartości kredytów udzielanych sektorowi prywatnemu, denominowanych w większości w walutach obcych.

Gospodarki Azji Wschodniej również notowały ogromne deficyty rachunków obrotów bieżących, których źródłem był głównie sektor prywatny. Deficyty te były finansowane dzięki ogromnemu napływowi długu. Sytuacja uległa gwałtownej zmianie w momencie kryzysu.

Przed kryzysem kredytowym, ogromne potrzeby zewnętrznego finansowania Europy Wschodniej były zaspokajane głównie poprzez bezpośrednie inwestycje zagraniczne krajów strefy euro.

Największą ekspozycję na Europę Wschodnią i Środkową mają właśnie banki strefy euro. Ich wierzytelności sięgają ok. 1,5 biliona dolarów, co stanowi ok. 90 proc. całkowitej ekspozycji banków zagranicznych przypadających na cały region.

Analitycy ostrzegają, że banki strefy euro, zwłaszcza te, które skorzystały z państwowej pomocy, będą niechętne rolowaniu znacznej części długów, których zapadalność będzie miała miejsce w najbliższych kilku miesiącach.

Credit Suisse szacuje, że w najbliższych trzech miesiącach wartość zapadalnych długów wyniesie 9 mld dolarów na Węgrzech i 23 mld w Polsce.

Sytuację dodatkowo pogarsza reakcja na kryzys banków centralnych. Ulrich Leuchtmann z Commerzbank mówi, że banki centralne gwałtownie cięły stopy procentowe, aby wesprzeć swoje gospodarki, ale nie wzięły pod uwagę wartości swoich walut.

Węgry zwróciły się o pomoc do MFW w październiku, ale zignorowały zalecenie, aby ciąć stopy wolniej.

Polska kontynuuje restrykcyjną politykę fiskalną, starając się utrzymać limity zadłużenia gospodarstw domowych wyznaczone przez traktat Maastricht dla krajów starających się wejść do strefy euro.

Leuchtmann mówi, że jedynym rozwiązaniem dla banków centralnych jest publiczna rezygnacja z dalszej obniżki stóp i wytłumaczenie rynkowi, że nie pozwala na to spadek wartości lokalnych walut. - Jednak na tym etapie nie jest pewne, czy taki krok zdoła powstrzymać dalszą wyprzedaż węgierskiego forinta, polskiego złotego i czeskiej korony – dodaje.

Autor: David Oakley
© The Financial Times Limited 2009

piątek, 13 lutego 2009

Siedem zasłon premiera Tuska
12.03.2008 11:34/Gazeta Polska, Teresa Wójcik
Z dr. Markiem Migalskim, politologiem, rozmawia Teresa Wójcik
Rząd Donalda Tuska nie jest wielkim modernizatorem, przygotowującym Polskę do ogromnego skoku. Sam premier nie jest niewinnym barankiem, lecz brutalnym graczem politycznym
T.W.: Jak ocenia pan pierwsze miesiące rządu Donalda Tuska?

M.M.: Moja ocena – podobnie jak z okazji niedawnej "studniówki" rządu – jest krytyczna. Jego dotychczasowa działalność głęboko rozczarowuje. To nie jest rząd, który nam obiecywała PO w kampanii wyborczej. Jednak z badań opinii publicznej wynika, że większość społeczeństwa jest z niego zadowolona. Premier, rząd, Platforma Obywatelska cieszą się ogromnym poparciem. Moja ocena nie jest więc podzielana przez większość. Z jednym istotnym zastrzeżeniem – okazuje się, że 59 proc. społeczeństwa uważa, iż Platforma nie realizuje obietnic wyborczych. Tu moja negatywna opinia jest zgodna z tą z sondaży.

Nie oczekuję, że Platforma Obywatelska zrobi cud gospodarczy – to byłaby złośliwość, cudów ani nawet przyspieszenia nie można dokonać w ciągu trzech miesięcy. Chodzi o to, aby rozpocząć realizację programu z kampanii wyborczej. A rozpoczęła ją PO w jednej tylko dziedzinie – w dorzynaniu Prawa i Sprawiedliwości (mówiąc językiem ministra Radosława Sikorskiego). Duża część wyborców zagłosowała na Platformę właśnie dlatego, że była "antyPiS-em" i obiecywała nie tylko odsunięcie PiS od władzy, ale również surowe rozliczenie tej partii. I powtarzam – to właśnie jest robione. Powołanie dwóch sejmowych komisji śledczych, cała działalność ministra Ćwiąkalskiego – wszystko to wyraźnie zmierza ku marginalizacji PiS, do ukarania tej partii za dwa lata rządzenia. W innych dziedzinach – moim zdaniem – rząd tkwi w jednym miejscu, raczej dryfuje, administruje, niż rządzi.

Dlaczego tak się dzieje?

Po pierwsze, okazało się, że PO ma krótką ławkę rezerwowych. Nie ma tysięcy sprawnych wykonawców swego programu. Po drugie, nie ma czego realizować, bo te już przysłowiowe szuflady okazały się puste. Siedem lat w opozycji Platforma Obywatelska zmarnowała. Gdyby moi studenci tak przygotowywali prace domowe, nie poradziliby sobie już na pierwszym roku. Po trzecie, Donald Tusk planuje kandydować na prezydenta RP i wie, że gdyby gwałtownie przyspieszył konieczne reformy, mógłby osłabić swoje szanse. Czwarta przyczyna bierności rządu to partner koalicyjny, PSL. Trzy pierwsze przyczyny są dość znane i powszechnie komentowane, PO była z ich powodów często krytykowana. Czwartej się nie zauważa. Wiele sztandarowych postulatów programu PO nie ma poparcia ludowców. Jednomandatowe okręgi wyborcze, zniesienie finansowania partii politycznych, zlikwidowanie Senatu, ograniczenie liczby posłów, ograniczenie immunitetu, podatek liniowy – to postulaty, na które nie ma zgody PSL. Oczywiście, Platforma robi wiele, żeby nie zorientowano się, że jest zakładnikiem PSL. Winą za nierealizowanie swoich obietnic programowych obarcza opozycję czy prezydenta, który ponoć zawetuje wszystkie ustawy PO, choć przecież dotychczas nie zawetował ani jednej.

Jak długo Platforma będzie mieć wysokie notowania w sondażach?

Na dłuższy czas tak wysokie oceny PO są nie do utrzymania. Do spadku popularności partii rządzącej musi dojść, choć na razie nie da się określić, kiedy to nastąpi oraz jak głęboki będzie ten spadek. Niewątpliwie grupy wyborców rozczarowanych rządami Platformy będą. Tym bardziej że PO za cenę dryfowania, tkwienia w rządzie oddała walkowerem swój śmiały program wyborczy – przerzucając odpowiedzialność za to na inne siły polityczne. Zawiedzeni wyborcy zorientują się w końcu, że z obietnic, które zachęciły ogromną rzeszę ludzi do głosowania na PO w 2007 r., niewiele pozostało. PO ma jedynie profesjonalną obudowę marketingową, bardzo dobry PR, świetnie rozgrywa konflikty z prezydentem. Ma także rewelacyjnie skonstruowaną opowieść o premierze jako człowieku sukcesu – uśmiechniętym, bardzo łagodnym, pełnym energii – który chce również pobudzić energię Polaków i na ich czele ruszyć w daleko idące liberalne reformy. Ta opowieść, ten obraz są z gruntu nieprawdziwe. Rząd nie jest żadnym wielkim modernizatorem, przygotowującym nas do ogromnego skoku. A premier nie jest niewinnym barankiem, atakowanym przez opozycję. Wcześniej czy później część elektoratu PO się o tym przekona.

Muszę jeszcze raz zapytać? kiedy?

Musi upłynąć trochę czasu, ponieważ zwykli ludzie nie dostrzegą tego wszystkiego natychmiast. Wśród zawodowych komentatorów natomiast dość powszechny jest sceptycyzm co do sukcesów tego rządu. Tyle że ten sceptycyzm na ogół nie przekłada się na media. Działalność mediów, ich ogromna przychylność, jest jedną z ważnych przyczyn popularności Platformy. Zwłaszcza w porównaniu z tym, jak traktowano poprzedni rząd. Ale wcześniej czy później miodowy miesiąc PO się skończy. Dziennikarze będą musieli robić swoje, czyli bacznie kontrolować rządzących. Większość z nich chce wykonywać uczciwie swój zawód. Jeśli dziś są mało krytyczni wobec PO – to nie w wyniku spisków i knowań, tylko prawdopodobnie dlatego, że większość z nich zagłosowała na Platformę.

Ale to znaczy, że nie są bezstronni.

Nikt z nas nie jest bezstronny. To jest po prostu typowy elektorat Platformy, ludzie raczej młodzi, raczej lepiej wykształceni, raczej mieszkający w wielkich miastach i lepiej sytuowani. I dlatego darzą PO większą sympatią niż inne partie.

Jak ocenia pan politykę zagraniczną PO? Miało być profesjonalnie, ale sukcesów jakoś nie widać.

Podzielam wstrzemięźliwą opinię o dokonaniach Platformy w polityce zagranicznej. Na pewno nie ma obiecywanego gwałtownego przełomu. Można mówić jedynie o klimacie, wizerunku, nowym języku. Tylko że klimatem powinni zajmować się klimatolodzy, wizerunkiem specjaliści od PR, a językiem – językoznawcy. W polityce zagranicznej skuteczność mierzy się konkretnymi sukcesami dla kraju. A tu na razie nie ma nic oprócz zniesienia rosyjskiego embarga na polskie mięso. Problematyczne, gdyż nasz eksport jest nadal limitowany przez zakazy administracyjne strony rosyjskiej. Nie jest wymiernym sukcesem, że kanclerz Angela Merkel była na premierze filmu "Katyń", że w Brukseli, Paryżu i Berlinie mówi się o nas sympatycznie, minister Sikorski jest przyjmowany lepiej niż minister Fatyga, a Donald Tusk ma lepszą prasę na Zachodzie niż Jarosław Kaczyński. To nie są interesy narodowe. Rząd Donalda Tuska nie zrobił więcej niż poprzedni. W kilku przypadkach pogorszyły się nasze stosunki z ważnymi dla nas partnerami. Mam na myśli relacje polsko-litewskie, polsko-czeskie, a zwłaszcza polsko-ukraińskie. W stosunkach z USA nastąpiło gwałtowne oziębienie. Z tymi czterema krajami mamy znacznie gorsze stosunki niż przed trzema miesiącami.

PO miała jakby dwa programy. Jeden liberalny, zapowiadany bardzo ogólnie w kampanii wyborczej. Drugi zawarty w exposé premiera Tuska z hasłem "kochajmy się". Mimo to coraz liczniej pojawiają się konflikty społeczne. Jak udaje się rządowi odsuwać te konflikty na przyszłość?

Jeśli chodzi o konflikty społeczne, sprowadza się to do ucieczki przed problemami. Polityka PO to latynoska "maniana". Dotychczas rząd nie rozwiązał żadnego z groźnych konfliktów. Ani edukacja, ani służba zdrowia nie są usatysfakcjonowane. Co więcej, na wiosnę ruszą kolejne masowe protesty społeczne. To, po pierwsze, efekt nadziei rozbuchanych w kampanii wyborczej przez PO. Po drugie, rząd nie ma wsparcia w żadnej centrali związkowej, a PO jest nieprzyjazna wobec związków zawodowych. Po trzecie, grupy społeczne uznały, że Tusk jest partnerem bardziej miękkim niż poprzednicy, bo mu zależy na wysokim poparciu w sondażach. Liderzy związkowi myśleli więc, że będzie sypać z budżetu państwa, choć dotychczas – co trzeba oddać premierowi – tego nie zrobił.

Wydaje się, że mamy chłopięcego, miłego premiera i infantylne społeczeństwo, które z zadowoleniem ten wizerunek zaakceptowało.

Ani jedno, ani drugie. Donald Tusk nie jest niewinnym chłopcem, tylko brutalnym graczem politycznym. Z zimną krwią "wymordował" politycznie wszystkich swoich konkurentów w PO: od Płażyńskiego i Olechowskiego, przez Gilowską, kończąc na Rokicie. Fałszywy jest też obraz naiwnego, śpiącego społeczeństwa. Ono uwierzyło w ten wizerunek, w tę opowieść, ponieważ chciało uwierzyć. Bo opowieść jest przekonująca, atrakcyjna i świetnie zrobiona. Lider ogarniający wszechmiłością wszystkich. Donald Tusk znakomicie się nauczył roli, słucha specjalistów. Media przedstawiały rządy PiS jako pasmo ostrych i niezrozumiałych konfliktów. PiS zrobiło wiele błędów – jak sojusz z populistami o twarzach Leppera i Giertycha. Nic dziwnego, że społeczeństwo wpadło w zachwyt nad Tuskiem. Wpadły też w zachwyt media, mimo że premier z PO robi o wiele gorsze rzeczy niż Jarosław Kaczyński (np. nieporównywalna z poprzednikami próba podporządkowania sobie mediów nie tylko publicznych, ale i prywatnych).

Czy prawdziwy Tusk jest jak tancerka z baśni Szeherezady – skryty za siedmioma zasłonami?

Dziennikarze muszą pozdejmować z niego te zasłony. Taka jest rola mediów. Społeczeństwo powinno dostać realny obraz rzeczywistości. W tym także i premiera.

niedziela, 8 lutego 2009

Schrzaniłem to

Orig. title: Schrzaniłem to

Author: Krzysztof Lubczyński

Published: 05.02.2009 12:37/Trybuna,

Schrzaniłem to

Politycy polscy – uczcie się od prezydenta USA

Nowy prezydent USA po raz kolejny dał przykład takiego rozumienia polityki, o którym dawno zapomnieli polscy politycy.

To rozumienie polityki jako służby tym, którzy polityków wybrali, służby społeczeństwu. Barack Obama zamiast naiwnie zaprzeczać gołym faktom, zwodzić, kluczyć, ściemniać, wić się jak piskorz, jak to jest u nas w zwyczaju, przyznał szybko, że popełnił pomyłkę nominując Toma Daschle’a na stanowisko sekretarza ds. zdrowia i opieki społecznej.

Uczynił tak, gdy okazało się, że Daschle nie wywiązywał się należycie z obowiązku płacenia podatków. Obama uznał, że pozostawienie Daschle’a na tym stanowisku "może sugerować opinii publicznej, że politycy traktowani są inaczej niż zwykli ludzie''.

Nie ma dwóch standardów

Obama skomentował nominację Daschle’a samokrytycznie i bez ogródek (cytujemy za Onet.pl): – Myślę, że schrzaniłem i biorę za to odpowiedzialność. Chcę mieć pewność, że naprawimy ten błąd i więcej podobna sytuacja się nie powtórzy. Także Daschle przeprosił za – jak to ujął – "uczciwą pomyłkę'' i wyraził poczucie wstydu.

Problemy związane z Daschlem sprawiły, że krytycy nowej administracji zaczęli kwestionować uczciwość apelu Obamy, który podczas wyborów wzywał do kulturowej zmiany w Waszyngtonie. – Nie chcę wysyłać Amerykanom wiadomości, że istnieją dwa rodzaje standardów – jeden dla ludzi władzy, a drugi dla zwykłych obywateli, którzy ciężko pracują każdego dnia i prawidłowo płacą podatki – zapewnił amerykański prezydent.

Mniej dla bankierów z Wall Street

Barack Obama podjął też decyzję o obniżeniu wysokich zarobków nie tylko pracowników własnej administracji, ale również prezesów wielkich korporacji, tych firm, które korzystają z pomocy finansowej państwa. Zgodnie z nowym zarządzeniem zarobki prezesów firm nie będą teraz mogły przekraczać 500 tys. dol. rocznie. "New York Times'' określił to jako "drakońskie ograniczenie, które będzie trudno przełknąć wielu szefom korporacji''. Kilka dni temu Obama ostro skrytykował bankierów z Wall Street za wypłacenie sobie blisko 20 mld dolarów premii i to w czasie, kiedy gospodarka amerykańska pogrążała się w kryzysie, a rząd amerykański przeznaczył miliardy na ratowanie bankrutujących przedsiębiorstw, głównie banków.

Zapatrzyć się na Biały Dom

Barack Obama już po raz kolejny w ciągu kilkunastu zaledwie dni dał dowód, że ma szczerą intencję zmiany standardów politycznych w swoim kraju i wolę dotrzymania obietnic złożonych podczas kampanii prezydenckiej. Kilka dni temu dotrzymał obietnicy związanej z tzw. prawami reprodukcyjnymi kobiet i zniósł blokadę dotacji na instytucje zajmujące się promowaniem świadomego macierzyństwa i doradztwem z zakresu prawa do aborcji. Prezentowana przez prezydenta USA już na początku urzędowania zgodność słów z czynami szokująco kontrastuje z obyczajami znaczącej części m.in. polskich polityków, w tym rządzącej obecnie prawicy.

Mają oni na ogół za nic uroczyste obietnice składane w czasie kampanii wyborczych. Dla nich rozbieżność między wyborczymi hasłami a praktyką rządzenia jest codziennością. Co gorsza, politycy polscy najwyraźniej nie widzą w niej nic złego ani niestosownego traktując ją jako normę. Przeniewierstwo i nieliczenie się z elektoratem traktowanym przez polityków jako "mięso wyborcze'' wydaje się być jedną z koronnych cech naszego życia politycznego. Byłoby wspaniale, gdy polscy politycy, tak na ogół proamerykańscy, zechcieli wreszcie po serii błędów zapatrzyć się na dobry przykład idący z Waszyngtonu. (Wspol. KRYST)