piątek, 5 marca 2010

Przydupasy nowej klasy

Orig. title: Przydupasy nowej klasy;
Interview: z pisarzem Markiem Nowakowskim rozmawia Krzysztof Świątek



Published: Tygodnik SOLIDARNOŚĆ Nr 10 (1117) 5 marca 2010 
link  

– Jaki obraz klasy politycznej wyłania się ze stenogramów rozmów Zbigniewa Chlebowskiego i Mirosława Drzewieckiego z bonzami branży hazardowej?
– Odpychający, moralnie naganny. Państwo dla tych polityków nie ma nic wspólnego z dobrem wspólnym, tylko z dobrem najcwańszej grupy społeczeństwa. I nawet nie jest ważne, czy ich łapy zostaną złapane w cudzej kieszeni. To mnie nie interesuje. Wystarczy świat ich powiązań, mentalności, przyjaźni. I język – ten, który mają na pokaz i ten właściwy, prywatny, który odsłania istotę ich postępowania.
– W stenogramach roi się od wulgaryzmów, a politycy są na pasku podejrzanej maści biznesmenów.
– Widać wyraźnie dualizm tej mowy. Jest mowa publiczna i potwornie z nią kontrastująca mowa prywatna. Ta dwoistość szalenie intryguje, a mieliśmy już z nią do czynienia. Te barwne, urocze dialogi Gudzowatego z Oleksym. Rozkosz... Teraz znowu język tych rozmów intymnych szalenie kontrastuje z językiem publicznym – pełnym troski, namaszczenia, pięknych sformułowań i mnóstwa frazesów. A tu nagle „kur..a, nie pier..l, jak podchodzisz pod to, czy przejdzie czy nie przejdzie, docisnąłeś kur..a, trzeba szybciej”. Szokuje bogactwo chodnikowej mowy, którą najwidoczniej posługują się na co dzień. To jest ich mowa. Co z niej wynika? Że przede wszystkim chodzi o pieniądze, umocnienie stanu posiadania, walkę z przeciwnikami. Ale nie przeciwnikami ideowymi, lecz przeciwnikami w interesach. Zdumiewa mnie, że nawet humaniści podlegają presji tej mowy. Przynajmniej ci, co się mieli za humanistów. Wcześniejsza rozmowa Michnika z Rywinem. Rozkosz... Michnik, który pisał „Z dziejów honoru w Polsce”, cytaty z wieszczów, kochał Herberta jako sumienie poezji. A tu z tym Rywinem! Widać, że łączyła ich zażyłość. Ludzie polityki i mediów w III RP są w konfidencji, mówią do siebie po imieniu. Michnik do Rywina: „Lwie”, tamten „Adasiu”, i ten język chodnikowy, który zbliża tych ludzi, dzięki niemu znajdują porozumienie. A potem wychodzą na trybunę albo piszą artykuł, używając języka kaznodziejskiego.
– Politycy przed komisją hazardową są pełni troski o dobro publiczne. W rozmowach z biznesmenami używają języka konkretu, posługują się skrótami, półsłówkami.
– To język ludzi, którzy się doskonale znają. Wystarczy im jedno słowo-klucz, czasem dwa. To rozmowy wspólników od mętnych interesów, od interesów na skróty.
– Sobiesiak łaja Chlebowskiego: „To są kur..y tak, ja wiem. Ale byś wykorzystał do tego, kur..a, Mirka i tego drugiego, nie?”.
– Biznesmen się wkurza, bo widzi opieszałość urzędników państwowych, a jemu się spieszy. Przywykł do płynności i szybkości działań, a tu nagle zgrzyty i opory. Język ohydny ze względu na niechlujstwo i cynizm, który z niego wyziera. Absolutny egoizm. Nic więcej. W przypadku biznesmena to jeszcze zrozumiałe. Ale u ludzi, którzy rzekomo reprezentują państwo? Zgniła, odrażająca prywata, przy której państwo to folwark.
Znamienna scena: jeden z posłów dociska byłego ministra Drzewieckiego co do stopnia jego zażyłości z panem Sobiesiakiem. Pan Drzewiecki przekonuje, że chodziło tylko o sport, o golfa. I nagle wypala: „Radziłbym panu, panie pośle, także zainteresować się golfem. To wspaniały sport, tak człowieka relaksuje, uzdrawia”. Nie zdaje sobie sprawy, że przedstawia się w ten sposób jako człowiek z innego świata. Przecież golf jest szalenie kosztownym sportem. Nie wyczuwa, że ta zachęta może podziałać na niektórych jak płachta na byka. Zresztą poseł odparowuje, że niestety golf nie jest dla niego dostępnym sportem. Ci ludzie mają swoje apartamenty na Florydzie, to inny świat. Politycy, niby to pracujący dla dobra publicznego, walczący ponoć o sprawy nadrzędne – o Polskę – po prostu żyją ze światem biznesu za pan brat. Jedno żywi się drugim. I Drzewieckiemu to się wymknęło naturalnie. Jest ich świat wysoki i nasz niski – świat milionów ludzi, którzy żyją od pierwszego do pierwszego, walczą o fuchy, kombinują w sposób pańszczyźniany, żeby dorobić.
– Przy politykach kręcą się asystenci, tacy jak pan Rosół.
– To jeden z tych młodych działaczy nowego typu. Gładka, okrągła buzia, taka wypucowana twarz oseska, garniturek, ruchy grzeczne, zamaszyste i mowa, która płynie. Oni są wszyscy do siebie podobni. Działacze partyjni i państwowi niższego szczebla, ci asystenci, doradcy – przydupasy władzy wyższej. Pamiętam tych młodych z socjalistycznych stowarzyszeń, których izba pamięci nazywa się teraz Ordynacka. To byli gładcy, sprężyści ludzie, wszyscy podobni. Z mową bystrą, inteligentną, ale wodnistą, zalewającą człowieka, może nawet oszałamiającą. Mieli pełne usta frazesów o państwie socjalistycznym, a czuło się jeden bodziec w ich życiu – karierę. Karierę za wszelką cenę. Teraz ta nowa generacja jakby z ich genów. Może synowie? Oczywiście, inna frazeologia. Ale widzę łączność genetyczną i charakterologiczną. Wyczuli, gdzie są konfitury – trzeba tylko wstąpić w szranki polityczne. Być przydupasem swego szefa. Spełniać jego życzenia: i brudne, i czyste, po to, by szef był zadowolony z własnej omnipotencji. Jakakolwiek ideowość czy etyka musi być wyrzucona na śmietnik. Bo przeszkadza.
Obraz grząskiej klasy politycznej, podatnej na pokusy, związanej cynicznie ze światem biznesu. Sprzężenie, symbioza, bo to jest w interesie jednych i drugich. Te koneksje, dowody na bliskość, bruderszafty, spotkania towarzyskie, pogawędki niby tylko o sporcie.
– Powtórka z PRL-u?
– To kontynuacja. Za Gierka widziałem takie obrazki, np. w Serocku w lokalu „Złoty lin”, gdzie Warszawa przyjeżdżała na dyskretne rozmowy, takie romansowe albo w interesach. Kiedyś wchodzę i widzę, że przy jednym stoliku siedzi sekretarz partyjny, znany mi handlarz walutą i jakiś aferzysta. Pogrążeni w intensywnej rozmowie, w wielkiej zażyłości, towarzyskiej symbiozie, takiej na „ty”, na wódzie. Mieli wspólne sprawy, jeden drugiemu pomagał. Sieć powiązań. Dziś ta sama formuła życia sprzężonego dygnitarzy, biznesmenów, doradców, konsultantów. To, co niby publiczne, dla ludzi, to wcale nie jest dla ludzi ani nie jest publiczne. To tylko fasada. Za SLD czy AWS działo się to samo. Arogancka postawa biznesmena Sobiesiaka, który zaatakował komisję, dziwiąc się, że ktoś ma czelność się go czepiać, indagować, przypomniała mi postać znamienną dla zboczonego, nienormalnego przejścia z PRL-u do wolnej Polski. Związaną z tym balastem przeciągniętym celowo drogą porozumień i kompromisów, który rozlał się jak zaraza. Chodzi o tragicznie zmarłego Ireneusza Sekułę, jednego ze zdolniejszych młodych aparatczyków PRL-u. Kiedyś widziałem go na ulicy. Obrazek, którego nie zapomnę. W dobrym płaszczu, długim jak sutanna, bo wtedy takie były modne, w ustach cygaro. Styl brazylijskiego plantatora kawy. Wysiadł z limuzyny i wszedł do sklepu z szyldem: „Tylko whisky”. A ja stanąłem sobie jako uliczny podpatrywacz. Po chwili wyszedł z dużą, plastikową torbą, w której brzęczało szkło. Pamiętałem go z telewizji, z plenum KC, ubranego w przaśny garniturek. Cechował go proletariacki sposób zachowania. A tu nagle Wall Street!
– Politycy i biznesmeni pływają razem w mętnej wodzie. Wydawałoby się, że ozdrowieńczym nurtem będą dziennikarze. Ale Janina Paradowska publicznie głosi, że nie wie na czym polega afera hazardowa. Dominika Wielowieyska pisze o „sprawie hazardowej”, jak ognia unikając słowa „afera”. To dziennikarze nadający ton debacie publicznej, elita.
– Niestety, moim zdaniem większość dziennikarzy jest w ten układ uwikłana. I taka formuła życia i ich gwiazdorstwa publicystycznego im odpowiada. Są na pasku zgniłego układu. Partie formułują piękne programy i popadają w to samo grzęzawisko, a dziennikarze w tym gnojowisku robią swoje interesy. Oni zawsze opowiadają się za układem, który od początku narodził się w mediach i głoszą np., że Jaruzelski to niejednoznaczna postać, tworzą poezję wallenrodyczną wokół niego. W przypadku polityka, który stał na czele państwa, liczy się to, co robił, a nie to, co być może myślał w nocy, leżąc w łóżku. Wielu dziennikarzy ma rodowód PRL-owski, to wtedy zdobywali ostrogi. I zawsze są przy silniejszych. W PRL-u byli prostytutkami i przez lata służyli jednej władzy. Teraz dostali wiatru w żagle, czują się demiurgami i kształtują rzeczywistość wedle nihilistycznych wskazań. Janina Paradowska jest klasycznym dziennikarzem PRL-owskim, której bliżej do Mietków Rakowskich i innych „liberałów” tamtych czasów niż do prawdziwej zmiany Polski.
– Jak mogą odbierać migawki z przesłuchań komisji hazardowej młodzi?
– Bardzo twórczo: idź do polityki – zrobisz duży szmal! Oto widzą sposób na życie – wejść w takie cwaniackie układy. Patrzą na pana Rosoła, który przecież tak wysoko zaszedł i myślą sobie: o cholera, to jest droga! Albo na biznesmenów, którzy gdzieś wyrośli w lewiźnie. To może być zachęta, szczególnie dla tych, którzy są na rozbiegu, zaczynają dorosłe życie, chcą mieć sukcesy. Partia wskazuje: jesteście młodzi, zdolni, przyjmujemy was, tylko musicie się wykazać. A pozostali? Ci, co mają zasady, bo w końcu jeszcze tacy są? Oni odczuwają rodzaj wstrętu do tego grzęzawiska, podszytego nieprawością, kłamstwem czy po prostu złodziejstwem. Im sumienie nie pozwala w to wchodzić, dlatego pogrążają się w pesymizmie, zamykają się w kokonie osobności, nie chcą brać w tym udziału. Czyli część zostaje na aucie, a ci „dynamiczni” – do koryta, do władzy, do kombinacji, do asystentury! Przez parę lat będę przydupasem, ale potem może ministrem?


Czarek dzieki za info o tym artykule:)

niedziela, 21 lutego 2010

Pensje premiera i ministrów


Orig. title: Pensje premiera i ministrów niższe niż podwładnych

Autor: Jolanta Góra-Ojczyk
Published: Dziennik Gazeta Prawna; 19 lutego 2010 r.

18 ministrów podejmujących strategiczne decyzje zarabia poniżej 15 tys. zł miesięcznie. Wiceministrowie zarabiają mniej niż dyrektorzy generalni urzędów, a nawet departamentów. Eksperci ostrzegają, że niskie pensje nie przyciągają najlepszych fachowców.
Dyrektor zarządzający czy członek zarządu firmy zatrudniającej ponad 100 osób zarabia około 50 tys. zł. Osoby rządzące naszym krajem mają zdecydowanie niższe pensje. Prezydent otrzymuje miesięcznie 20,1 tys. zł, a premier 16,7 tys. zł. Premier Irlandii zarabia ponad 250 tys. euro rocznie. Podobnie kanclerz Niemiec czy prezydent Francji.
7 tys. zł dla ministra
Grażyna Kopińska, dyrektor programu Przeciw Korupcji w Fundacji Batorego, uważa, że wynagrodzenia osób zajmujących najważniejsze stanowiska państwowe są żenująco niskie. Zauważa, że premier czy prezydent to najbardziej prestiżowe funkcje polityczne, choć piastowanie ich wiąże się z dodatkowymi benefitami – służbowymi samochodami czy mieszkaniem.
Zdecydowanie za mało zarabiają, jej zdaniem, ministrowie i wiceministrowie. Maksymalne wynagrodzenie zasadnicze ministra wynosi w tym roku 10 277,96 zł. Do tego dochodzi dodatek funkcyjny (2385,99 zł) i za wysługę lat. Za każdy rok pracy przysługuje 1 proc. płacy aż do uzyskania 20 proc. Ministrowie z ponad 20-letnim stażem pracy zarabiają więc nieco ponad 14 tys. zł.
Profesor Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości, mówi DGP, że na rękę otrzymywał tylko 8,3 zł.
– Z pensji potrącano mi 1,3 tys. zł opłaty za mieszkanie służbowe – wskazuje.
Jego zdaniem to nieadekwatne pieniądze do liczby podległych osób, rangi zadań, a przede wszystkim odpowiedzialności. Na spotkaniu ministrów sprawiedliwości krajów UE nie chwalił się, ile zarabia. Dodaje, że więcej otrzymuje zastępca prokuratora generalnego.
Podwładny zarabia więcej
Podsekretarze stanu, czyli wiceministrowie, zarabiają do 12 tys. zł brutto. Agnieszka Chłoń-Domińczak, była wiceminister pracy i polityki społecznej, podkreśla, że sektor gospodarczy specjalistom płaci więcej.
– Do pracy w administracji można przyciągnąć tylko osoby, dla których pełnienie misji publicznej jest ważniejsze od grubości portfela – mówi Agnieszka Chłoń-Domińczak.
Grażyna Kopińska zauważa, że wiceministrami często zostają osoby, które osiągnęły sukces, a przychodząc do rządu, drastycznie tracą finansowo. W efekcie szybko odchodzą.
Zdarza się też, że dyrektor departamentu w ministerstwie zarabia więcej niż wiceminister. Zgodnie z rozporządzeniem o wynagrodzeniach członków służby cywilnej wynagrodzenie zasadnicze na takim stanowisku może wynosić maksymalnie 15 tys. zł brutto, a minimalnie 4,2 tys. zł. Z danych KPRM wynika, że w ministerstwach wynosi ono 10 tys. zł. Do tego trzeba doliczyć m.in.: premie, trzynastą pensję, dodatek stażowy. Pracownicy służby cywilnej mogą też zasiadać odpłatnie w różnego rodzaju komisjach, zespołach czy radach nadzorczych.
– Sprawni, posiadający dużą wiedzę urzędnicy, nie chcą awansować na polityczne stanowiska – tam jest większa odpowiedzialność, mniejsza stabilizacja zatrudnienia i niższe wynagrodzenie. Wiceminister nie dostaje nagród, trzynastej pensji, nie może też dorabiać. A musi podejmować strategiczne decyzje – mówi Agnieszka Chłoń-Domińczak.
Od ministra może też zarabiać więcej dyrektor generalny urzędu, tj. jego podwładny. W większości resortów jego zasadnicze wynagrodzenie wynosi 11 243 zł. Jeśli jednak ma 20-letni staż pracy i jest urzędnikiem służby cywilnej, to pensja sięga 16 tys. zł.
Robert Reinfuss z HRM Consulting, firmy zajmującej się m.in. wartościowaniem stanowisk pracy, uważa, że struktura wynagrodzeń, zwłaszcza zasadniczych, jest podstawą systemu motywacyjnego w przedsiębiorstwie.
– Jeśli szef zarabia mniej niż podwładny, to wpływa to demotywująco i prowadzi do patologicznych zjawisk – wyjaśnia Robert Reinfuss.
Zwraca uwagę, że jeśli spogląda się na wartość pracy i tzw. wartość dodaną wnoszoną przez ministra i podległego mu dyrektora, to jednoznacznie widać, że więcej warta jest praca tego pierwszego.
Zamiast podwyżek premie
Rząd traktuje zamrożenie wynagrodzeń dla najważniejszych osób w państwie jako credo na czas kryzysu. Bardziej ze względów politycznych niż merytorycznych. Boi się reakcji wyborców. Zbigniew Dudziński z Hay Group, wyjaśnia też, że o wiele łatwiej jest nie podwyższać wynagrodzenia ministrów, bo jest wiele chętnych na piastowanie tych funkcji.
W ubiegłym roku premier przyznał jednak nagrody 10 sekretarzom i podsekretarzom stanu. W sumie z milionowego budżetu na premie wydał 11 proc. Najwyższą nagrodę, 13 tys. zł brutto, otrzymał Andrzej Kremer za negocjacje z USA porozumienia o statusie sił zbrojnych USA na terenie Polski. Pozostali, m.in. Patrycja Wolińska-Bartkiewicz, Jacek Cichocki i pięciu wiceministrów rozwoju regionalnego, otrzymali po 10 tys. zł.
Deficyt fachowców
Z badań przeprowadzonych przez Hay Group wynika, że im wyższe stanowisko w administracji, tym gorzej wynagradzane w porównaniu z sektorem prywatnym. Dyrektorzy zarabiają 20 proc. tego, co ich koledzy wykonujący podobne zadania w sektorze prywatnym. Problem dotyczy więc zarządzania administracją.
Robert Reinfuss uważa, że niskie wynagrodzenia w administracji to bardzo złe zjawisko. Powoduje, że dobrzy menedżerowie przechodzą do sektora prywatnego, w którym wynagrodzenia są znacznie wyższe. Jego zdaniem podwyżki są nieuniknione.
– To oznacza wzrost kosztów administracji, ale pozytywne skutki lepszego zarządzania pokryją ten koszt z nawiązką – podkreśla.

 
Rys.: za GazetąPrawna.pl

piątek, 22 stycznia 2010

Uciszyć prymasa Hlonda. Dla Piusa XII kardynał Hlond był po wybuchu wojny kimś w rodzaju persona non grata

Uciszyć prymasa Hlonda
13:19/Przegląd,
Eugeniusz Guz; 22 stycznia 2010

Uciszyć prymasa Hlonda

Dla Piusa XII kardynał Hlond był po wybuchu wojny kimś w rodzaju persona non grata

Pewne skłonności do usprawiedliwiania "niemieckiego papieża", a nawet dostrzegania u niego propolskiej życzliwości, rozbudzone szczególnie po ogłoszeniu wyboru materiałów watykańskich, w świetle dokumentacji hitlerowskiej nie znajdują uzasadnienia.

Wiele spraw związanych z rozwojem stosunków między Watykanem, Polską i III Rzeszą, w tym także losy prymasa Hlonda [1], doczekało się opracowań zarówno w publikacjach kościelnych, jak i świeckich.

Opracowania te jednak prawie w ogóle nie uwzględniają dokumentów znajdujących się w archiwum hitlerowskiego MSZ, obejmujących dokumentację resortu Ribbentropa dotyczącą stosunków ze Stolicą Apostolską i sytuacji Kościoła w Polsce w okresie II wojny światowej. Zawartość tego archiwum, aczkolwiek jednostronna, upoważnia, jak sądzę, do znacznej korekty obrazu utrwalonego w dotychczasowych publikacjach. Chodzi tu przede wszystkim o losy wojenne prymasa Hlonda, o stosunek Watykanu do prześladowań polskiego duchowieństwa i postawę Stolicy Apostolskiej wobec III Rzeszy za pontyfikatu Piusa XII. Pewne skłonności do usprawiedliwiania "niemieckiego papieża", a nawet dostrzegania u niego propolskiej życzliwości, rozbudzone szczególnie po ogłoszeniu wyboru materiałów watykańskich, w świetle dokumentacji hitlerowskiej nie znajdują uzasadnienia. Postawa Watykanu wobec wysiłków prymasa Hlonda, by chociaż nad Tybrem znaleźć zrozumienie i wsparcie po tragedii wrześniowej, to papierek lakmusowy podejścia Piusa XII do sprawy polskiej w ogóle. Utrzymuje się, jak sądzę, mylna opinia, że wyłącznie z woli i inicjatywy Hlonda czyniono w Watykanie - bezskuteczne zresztą - starania o jego

powrót do Polski.

Kolportuje taki pogląd w swych wspomnieniach nie tylko ks. Bolesław Filipiak, kapelan prymasa, bezpośredni towarzysz jego doli i niedoli, lecz także inni autorzy, którzy w publicystycznych czy naukowych opracowaniach podejmowali temat wojennych losów prymasa [2]. Stanisław Wilk pisze w "Więzi": "Starania kard. Hlonda o powrót do Polski, które przedsięwziął przy poparciu Stolicy Apostolskiej w październiku 1939 r. i w styczniu 1940, nie przyniosły pozytywnego rezultatu". Antoni Baraniak zapewnia, że Hlond niczego tak nie pragnął, jak wrócić najszybciej do kraju: "Najwyższy duszpasterz Polski uważał zarazem za swój obowiązek, by jak najszybciej powrócić do kraju i tam osobiście czuwać nad położeniem ludności, a w szczególności duchowieństwa, o którego prześladowaniu ze strony okupanta dochodziły coraz to nowe i coraz bardziej wstrząsające wiadomości". W czasie gdy kard. Hlond miał zabiegać o powrót do kraju, nie docierały jeszcze do Watykanu informacje o prześladowaniach księży. Motyw podany przez ks. Baraniaka w tym wypadku jest wątpliwy. Zapewnienia o woli powrotu do okupowanego kraju wyłącznie z własnej inicjatywy są przede wszystkim niespójne logicznie. Nie po to opuszcza się kraj, udziela nadzwyczajnych uprawnień pozostałym tam wikariuszom generalnym, by zaledwie trzy dni po przybyciu do Rzymu zabiegać usilnie o powrót. Poza tym czy możliwe jest, by myśląc o powrocie i wiedząc, jak trudna to sprawa, jednocześnie wystąpieniami w mediach narażać się Niemcom, oskarżając ich o prześladowania w Polsce? Kard. Hlond i tak miał u nich konto wystarczająco obciążone. Myślę, że chyba nie w ten sposób wyrabia się u wroga glejt na powrót do kraju.

Antoni Baraniak sam przecież pisze, że Hlond godził się prowadzić za granicą, zgodnie z życzeniem rządu, "delikatną i ważną misję na rzecz napadniętej Polski. Chodziło przede wszystkim o autorytatywne

zdemaskowanie hitlerowskiej propagandy

na forum światowym, która Polskę czyniła odpowiedzialną za rozpętanie wojny". Skoro ktoś na coś takiego się godzi, i to po długich naradach z nuncjuszem warszawskim, nie będzie natychmiast wracać z Rzymu. Musiały o tym zadecydować inne powody. Sam Wilk zresztą stwierdza, że powrót Hlonda do Poznania nie miał sensu, bo "Niemcy z pewnością nie dopuściliby go do objęcia rządów w archidiecezjach".

Bardziej logiczne, wsparte dokumentacją, jest rozumowanie, że to Pius XII, przyjąwszy Hlonda po jego przybyciu do Rzymu, rozmawiając z nim niemal na stojąco, chcąc się pozbyć kłopotliwego dla Watykanu gościa, nakazał ubiegać się o bilet powrotny do kraju i zaangażował w to wszystkie moce watykańskie. A że koncepcja nie spodobała się Berlinowi, to już inna sprawa.

Opierając się na zasobach archiwalnych z hitlerowskiego MSZ3, można postawić tezę o wypraszaniu Hlonda z Watykanu. Okazuje się bowiem, że zaraz po przybyciu prymasa do Rzymu 19 września 1939 r. usiłowano się go pozbyć czym prędzej, zabiegając w Berlinie o zgodę na powrót Hlonda do kraju.

Watykan nie tyle "popierał", ile był motorem jego powrotu. Prymas nie zdążył jeszcze rozpakować walizek na watykańskiej ziemi, a już głowiono się za Spiżową Bramą, jak się go pozbyć. Z datą 20 września 1939 r. ambasador Diego von Bergen, wówczas przedstawiciel Rzeszy przy Watykanie, następująco depeszował o przybyciu Hlonda: "Poza członkami polskiej ambasady, witał go również ambasador francuski, natomiast uderzała nieobecność przedstawicieli poselstwa brytyjskiego. Nawet od kół związanych z Watykanem słyszałem krytyczne uwagi, że Hlond w takiej chwili opuścił kraj. Wskazywano na analogię z postawą kardynała Mercier w czasie I wojny światowej" (chodziło o kardynała belgijskiego, zmarłego w 1926 r. - przyp. EG).

Bergen, który już w pierwszej depeszy z 20 września sygnalizował, że prymas zostanie przyjęty przez papieża, potwierdza ten fakt w depeszy z 21 września następująco: "Kardynał Hlond został wczoraj przyjęty przez papieża na audiencji prywatnej, przy czym przekazał on Piusowi obszerny memoriał. Kręgi stojące blisko Watykanu uderzyło, że

audiencja trwała stosunkowo krótko.

Papież poświęcił Hlondowi zaledwie niecałe pół godziny. Jak słyszę, kardynał Hlond, który zamierzał pozostać w Rzymie dłużej, opuści to miasto możliwie szybko z polecenia wyższych przełożonych". Relacja ta kontrastuje z zapewnieniami Antoniego Baraniaka: "Spotkanie było bardzo serdeczne, rzewne i długie". W tym wypadku bardziej ufałbym Bergenowi, który w ciągu blisko dwudziestoletniego stażu watykańskiego wypracował sobie doskonałe kontakty. Jego wersja pasuje ponadto do wymowy dokumentów i do tego, co w ogóle wiemy o "papieżu niemieckim". Natomiast relacja Stanisława Wilka jest już bardziej ostrożna, choć wystarczająco wymowna: "Nie wiadomo, jak przyjął Pius XII przybycie kardynała Hlonda do Rzymu. Kurialiści rzymscy, z pewnymi tylko wyjątkami, ustosunkowani byli do Hlonda negatywnie".

Intrygujący jest również poufny charakter pierwszej audiencji u papieża. Potwierdzałoby to opinię Bergena o dyskrecjonalnym charakterze pierwszej rozmowy papieża z Hlondem. Nie chciał on widocznie eksponować przed światem (ściślej - przed Berlinem) tego, co mogliby tam uznać za odruch solidarności czy współczucia dla ofiary agresji.

Również dalsza relacja Antoniego Baraniaka kłóci się z dokumentacją niemiecką: "Już 1 października, a więc niespełna dwa tygodnie po przyjeździe do Rzymu, prymas złożył wniosek w sekretariacie stanu w sprawie swego powrotu do Poznania. Gdy rząd niemiecki odniósł się negatywnie do prośby, kardynał Hlond ponownie prosił 15 stycznia 1940 r. Stolicę Apostolską o interwencję. Prymas złożył wniosek w tej sprawie - jak sam zapisał w swym dzienniku - zgodnie z taktyką uzgodnioną z papieżem na drugiej audiencji udzielonej mu 30 września". Skąd wobec tego Bergen wiedział już 10 dni wcześniej, że Hlond ma wracać do kraju?

O tym, jak bardzo prymas Hlond był dla Watykanu kimś w rodzaju persona non grata, świadczy również przebieg spotkania Piusa XII z kolonią polską w Rzymie 30 września 1939 r. Doszło ono zresztą do skutku w wyniku nalegań Polonii i osobistych próśb prymasa, nie zaś z inicjatywy papieża. Pierwotny scenariusz spotkania przewidywał, że najpierw powita papieża Hlond. Jednak ówczesny ambasador Francji w Watykanie, François Charles-Roux, który notabene już przed 1 września wielokrotnie interweniował bezskutecznie u papieża, by ten zabrał głos w obronie zagrożonej Polski, twierdzi, że zamiast kard. Hlonda przemówił jedynie papież. "Pius XII wolał być jedynym mówiącym na tym spotkaniu", stwierdza ambasador. Zapewne papież przewidywał, że jeśli przemówi prymas, to w odpowiedzi będzie musiał zareagować wyraźnie na

napaść Hitlera na Polskę.

Tymczasem przygotowane przez Watykan przemówienie papieskie było jak zwykle bardzo dyplomatyczne. Bergen zrelacjonował spotkanie Piusa XII z Polonią jeszcze tego samego dnia (oto jak sprawnie funkcjonowały kanały wewnętrzne Rzeszy w Watykanie) następująco: "Papież przyjął dzisiaj przedstawicieli tutejszej Polonii pod przewodnictwem kardynała Hlonda, aby zgodnie z ich życzeniem przekazać w religijnym kontekście słowa pocieszenia. Jego wystąpienie, świadomie unikające elementów politycznych, zawierało m.in. ostrzeżenie przed uczuciem zemsty i nienawiści. Wyrażało zarazem pragnienie, by sprawiedliwość i miłość bliźniego przyniosła wreszcie światu pokój, za czym dzisiaj przy szczęku broni ludzkość tęskni bardziej niż kiedykolwiek. Papież wyraził nadzieję, że na zajętych polskich terenach nie dojdą do głosu wrogowie Boga, a religia katolicka i instytucje katolickie, z którymi ludność związana jest od stuleci, pozostaną nietknięte". Rzeczywistość już wkrótce okazała się daleka od tych oczekiwań, lecz papież wolał tu nie interweniować, nawet kanałem dyplomatycznym.

Jak wiadomo, spotkanie 30 września bardzo rozczarowało nie tylko Polaków. W Watykanie przemyśliwano więc, jak by tu zatrzeć złe wrażenie. W "L’Osservatore Romano" ukazał się 14 października 1939 r. artykuł pt. "Stolica Apostolska a Polska", który został przez Berlin odebrany jako wyraźny gest w kierunku Polski. Jeszcze tego samego dnia Bergen wyjaśnił swoim władzom motywy tego artykułu: "Jak słyszę od dobrze poinformowanego męża zaufania, artykuł ten pojawił się w wyniku wyraźnych skarg, zgłaszanych prywatnie przez koła polskie i francusko-angielskie, że w przemówieniu do tutejszej kolonii polskiej papież nie znalazł chociaż słowa potępienia za »napaść«, której ofiarą padła Polska. Postawę zajętą przez papieża ilustruje w tym artykule rozumowanie, że jego ból z powodu cierpienia, jakiego doznała Polska, nie może przyjąć formy, która byłaby nie do pogodzenia z funkcją papieża, jako wspólnego ojca wszystkich wiernych". Wróćmy jednak do sprawy powrotu Hlonda do Polski. 10 października 1939 r. Bergen depeszował do Berlina: "Na wyraźne życzenie papieża kardynał Hlond ma obecnie udać się w podróż powrotną do swych diecezji. Kardynał Maglione, papieski sekretarz stanu, wystawił jemu i dwóm polskim księżom, Bolesławowi Filipiakowi i Antoniemu Baraniakowi,

wspólny paszport watykański,

który przedłożono nam z prośbą o niemiecką wizę. Byłbym wdzięczny za możliwie szybką instrukcję, czy prośbie tej można zadośćuczynić, względnie z jakim uzasadnieniem należy ją odrzucić. Patrząc z tutejszej perspektywy, wydaje się celowe umożliwienie kardynałowi powrotu, ponieważ jego zachowanie będzie można łatwiej kontrolować na okupowanych przez nas obszarach. Z kół dobrze poinformowanych słyszałem ponadto, że papież chciałby uniknąć wszelkiego podejrzenia, iż mógłby mieć cokolwiek wspólnego z działalnością propagandową Hlonda w Rzymie".

Prymas bowiem rozwinął wkrótce działalność informacyjną, przekazując światu prawdę o bestialstwach hitlerowców w okupowanym kraju. Wykorzystywał do tego również radio watykańskie. Spowodowało to jednak natychmiastową interwencję ambasady niemieckiej przy Watykanie i... niemal natychmiastową reakcję Watykanu. W teczce "Notatki ministra Ribbentropa" czytamy pod datą 27 lutego 1940 r.: "Dotyczy nieprzyjaznych audycji radia watykańskiego o Polsce. Od czasu skierowania przez ambasadora von Bergena démarches radio watykańskie zaprzestało nadawania wrogich Niemcom audycji na temat sytuacji na okupowanych terenach". Antoni Baraniak bardzo uprościł sprawę, pisząc, że aktywność Hlonda "wywoływała wzburzenie w kołach niemieckich i zakłopotanie sprzymierzonego z Berlinem faszystowskiego rządu włoskiego". Nie mniej bowiem, jeśli nie jeszcze bardziej, zakłopotany był także Watykan. Na depeszę Bergena z 10 października 1939 r. w sprawie wizy dla Hlonda ambasador już 13 października otrzymał odpowiedź od samego ministra spraw zagranicznych: "Do ostatniej chwili swego pobytu w Polsce kardynał Hlond angażował się politycznie i wojskowo w duchu antyniemieckim oraz nadużywał urzędu kościelnego, włączając się do polityki antyniemieckiej. W interesie pacyfikacji polskiego obszaru leży więc, by nie wracał on do Polski.

Proszę to uzmysłowić w odpowiedniej formie Watykanowi, a przy okazji oświadczyć kardynałowi-sekretarzowi stanu, że działalność Kościoła katolickiego na terenach byłego państwa polskiego nie będzie zakłócona, lecz przebiegać może normalnie, oczywiście przy założeniu, że

księża powstrzymują się

od wszelkiej działalności politycznej. Ribbentrop".

Przekazując tekst swego szefa do wiadomości innym resortom MSZ, dyrektor departamentu politycznego Ernst Woermann uzupełnił go bardzo wymownym dopiskiem: "Drugi akapit depeszy może być podawany do wiadomości innym ministerstwom tylko za uprzednią, każdorazową zgodą samego Ribbentropa". Oznacza to, że zapewnienie o nieprześladowaniu Kościoła było kłamstwem, przeznaczonym jedynie dla uszu watykańskich.

Watykan tak bardzo czuł się skrępowany antyniemiecką postawą polskiego prymasa, że mimo zdecydowanych i jednoznacznych "nie" przekazywanych przez ambasadora Bergena z uporem kontynuował zabiegi o powrót Hlonda do Polski. 17 października 1939 r. Bergen otrzymał kolejny i przesądzający sygnał od Ribbentropa: "Powrót nie wchodzi w ogóle w rachubę, także w późniejszym terminie". Mimo to pod datą 24 października 1939 r. znajduje się informacja, że nuncjusz papieski w Berlinie w rozmowie z Ernstem von Weizsäckerem, zastępcą Ribbentropa, znów nalegał, by wyrazić zgodę na powrót Hlonda do Polski.

16 grudnia 1939 r. Bergen ponownie depeszował, że nadal nalega się na wydanie wizy Hlondowi. "Na nasze zastrzeżenie, wsparte argumentem o nienawistnym wystąpieniu Hlonda 2 listopada w radiu watykańskim, kardynał-sekretarz stanu odparł, że wystąpienie to doszło do skutku bez jego wiedzy. Usłyszał o nim dopiero od nas i dowiedział się z pokazanego mu wycinka gazety »Le Croix«".

23 grudnia 1939 r. Bergen, skryty zwolennik wyjazdu Hlonda do Polski, wyjaśnił centrali, że audycje rozgłośni watykańskiej nie podlegają cenzurze ani w ogóle kontroli. Co się tyczy wystąpienia prymasa z 2 listopada, to "kardynał-sekretarz stanu czuł się tym incydentem wyraźnie poruszony i było mu głupio. Aczkolwiek zgodnie ze zwyczajem watykańskim unikał wyraźnie jednoznacznej dezaprobaty wobec swego kolegi kardynała, to jednak z pełnej złości gestykulacji, z jaką przyjął tę wiadomość, odniosłem wrażenie, że w żadnym wypadku wystąpienia Hlonda nie aprobował".

Mimo zastrzeżeń przeciwko powrotowi Hlonda zgłoszonych również podczas tej rozmowy przez ambasadora Rzeszy rzecznik Watykanu

wrócił do sprawy wizy

dla prymasa, przekonując, że leży to także w interesie Niemców, ponieważ - jak zaznaczył - "Hlond musiałby wówczas narzucić sobie maksymalną powściągliwość". Pełnomocnik papieski sugeruje więc pełnomocnikowi Rzeszy zgodę papieża, by Niemcy krępowali Hlonda w jego ruchach po powrocie do Polski.

Zgodnie z instrukcją Berlina Bergen przyjął to rozumowanie z powątpiewaniem. Swoją relację dla przełożonych w Berlinie zakończył komentarzem: "Nie ulega wątpliwości, że obecność Hlonda w Rzymie jest kurii nie na rękę". Tak oto kolejna informacja Bergena wyjaśnia jednoznacznie, że to Watykan wypychał Augusta Hlonda z Rzymu, ponieważ nie bardzo wypadało zmusić polskiego prymasa do całkowitego milczenia. Chętnie więc posłużono by się w tym celu Niemcami.

Zdanie zaczerpnięte z dziennika prymasa: "Poinformowawszy papieża o przebiegu wypadków, będę się tam starał o możliwość powrotu do kraju" to trochę za mało, by budować na tym całą konstrukcję o jego inicjatywie w staraniach wizowych. Antoni Baraniak komentował, że prymas rozumiał powrót "na mocy porozumienia międzynarodowego ze specjalnymi upoważnieniami Stolicy Apostolskiej, jako gwarancję, iż będzie mógł pełnić w swoich archidiecezjach urząd pasterski". Jeżeli prymas Hlond wymarzył sobie coś takiego rzeczywiście, świadczyłoby to tylko o niezrozumieniu ówczesnego charakteru stosunków między Watykanem a III Rzeszą.

1. Prymas Polski, kard. August Hlond (1881-1948), w połowie września 1939 r. opuścił kraj, udając się do Rzymu, a stamtąd w 1940 r. do Francji. Aresztowany w 1944 r. przez Niemców, wrócił do kraju w lipcu 1945 r.

2. Wymienić można chociażby benedyktyńskie pięciotomowe dzieło "Martyrologium polskiego duchowieństwa rzymsko-katolickiego pod okupacją hitlerowską 1939-1945", a także prace zawarte w "Materiałach i Studiach" pod redakcją ks. F. Stopniaka. Również: A. Baraniak, "Misja opatrznościowa prymasa Hlonda w okresie wojny światowej 1939-1945", Wilk, "Kardynał Hlond w latach II wojny światowej" oraz "Losy wojenne kardynała Hlonda".

3. Archiwum hitlerowskiego MSZ, AA. Politisches Archiv: Inland I-D "Polen Kirche", Inland II "Heiliges Stuhl-polen", Inland II "Geheim, Berichte zur Lage in Polen und über Polen 1940-1944".