środa, 28 stycznia 2009

Jeden Kościół i dwie Msze?

Orig. title: Jeden Kościół i dwie Msze?
Author: Wywiad, Redakcja "LISTU" rozmawia z o. Pawłem Krupą, dominikaninem, historykiem, członkiem Commissio Leonina
Published: 28.01.2009, Miesięcznik Katolicki 'LIST'
Link

Red.: Benedykt XVI w motu proprio Summorum Pontificum (SP) dopuścił sprawowanie w kościołach Mszy św. Piusa V, tzw. trydenckiej. Jak Ojciec odbiera tę decyzję?

P. Krupa: Dokument papieski przyjąłem z szacunkiem i w duchu posłuszeństwa, choć nie ukrywam, że budzi on we mnie sporo pytań.

W waszym pytaniu chodzi o rytuał Mszy według wydania bł. Jana XXIII z 1962 r. Podkreślam to, gdyż słyszy się czasem o Mszy trydenckiej lub św. Piusa V, jakby nigdy nie podlegała ona żadnym reformom ani zmianom, a tak nie było. Jakby jej jednak nie nazywać, jest to ta sama Ofiara Jezusa Chrystusa, której prawdziwość nie zależy przede wszystkim od nas, od sposobu jej sprawowania, ale od Chrystusa. To On nadaje jej moc, On czyni ją ważną.

Czego dotyczą Ojca wątpliwości?

Przede wszystkim niejasne jest dla mnie, co dokument papieski - odwołując się do znanej maksymy lex orandi, lex credendi - rozumie przez określenie rytu przedsoborowego, jako „nadzwyczajnego wyrazu modlitwy" (SP, a. 1), kształtującej wiarę. Sobór Trydencki ustanowił jako jedyny ryt Mszy katolickiej tzw. Mszę Piusa V, zachowując wyjątkowo (nadzwyczajnie) niektóre ryty lokalne (np. ryt ambrozjański w Mediolanie) bądź zakonne (np. kartuzi, dominikanie). Czterysta lat później kolejny sobór, tym razem Watykański II, jedyną formę katolickiej liturgii eucharystycznej ustanowił tzw. Mszę Pawła VI. Żadna z nich nie została ustanowiona jako propozycja, którą można przyjąć czy nie, ale jako znak jedności Kościoła rzymskiego. W roku 1984, specjalnym indultem, ponowionym w Motu proprio Ecclesia Dei z 1988 r., papież Jan Paweł II ł na używanie rytu przedsoborowego osobom, które o to prosiły, pozostawiając decyzję w gestii biskupów diecezjalnych, którym jednocześnie zalecał, aby w swoich diecezjach chętnie takie pozwolenia wydawali. Mieliśmy więc ryt zwyczajny, czyli Mszę Pawła VI, ryt nadzwyczajny, to znaczy dopuszczony w wyjątkowych okolicznościach na podstawie specjalnego zezwolenia, czyli Mszę bł. Jana XXIII, zwaną powszechnie trydencką. Dziś, Benedykt XVI zezwala na odprawianie tej Mszy każdemu kapłanowi, bez uprzedniego zezwolenia biskupa, i to zarówno w przypadku celebracji bez ludu, jak i w przypadku sprawowania Mszy w obecności wiernych (SP, art. 2 i art. 5, par.1). Decyzję o ustanowieniu w parafii Mszy trydenckiej może podjąć proboszcz lub rektor danego kościoła. W pewien sposób zatem „uwolniono" ryt przedsoborowy i można odnieść wrażenie, że nie jest on już nadzwyczajny. Tak interpretują to media, lecz to nieprawda, gdyż motu proprio podkreśla, że taka Eucharystia może być ustanowiona dla istniejącej już przy parafii, i to w sposób stały, grupy miłośników dawnej liturgii, nie tytułem eksperymentu albo widzimisię proboszcza. Pozostaje więc rytem trwających w jedności z Rzymem tradycjonalistów, a nie rytem „zwyczajnym" (oficjalnym) Kościoła. Uproszczono jedynie procedury zezwalające na sprawowanie tego rytu i zaakceptowano jego współistnienie w życiu parafialnym. Tak to rozumiem, gdyż w przeciwnym wypadku mielibyśmy jeden rzymski Kościół i dwa znaki jedności, co moim zdaniem sprzeciwiałoby się intencjom ojców soborowych zarówno Trydentu, jak i Vaticanum II.

W motu proprio jest też mowa o innych sakramentach...

Tak, papież zezwala w nim również proboszczom na sprawowanie według dawnego rytu chrztów, ślubów, spowiedzi, namaszczenia chorych (SP, art. 9, par. 1) dla osób, które poproszą o to z przemyślanych i uzasadnionych powodów. To ważna uwaga, bo nie wyobrażam sobie, że ktoś przychodzi do księdza i mówi, że chce ochrzcić dziecko w dawnym obrządku, bo to takie ładne i oryginalne, i śliny się używa, i soli... Co to za powody?! Często się słyszy, czasem nawet z ust poważnych teologów, że dawny ryt lepiej wyrażał sacrum liturgii. Dlaczego lepiej? Bo jest mniej zrozumiały, bardziej tajemniczy i nie tak „horyzontalny", lecz zwrócony ku górze? To są kategorie uczuciowo-estetyczne, właściwe dla magii raczej niż dla liturgii chrześcijańskiej. Ta ostatnia powinna brać pod uwagę wymiar duchowo-teologiczny. Chyba nie chcemy wrócić do czasów, tak uroczo przedstawionych w kultowym filmie „Sami swoi", gdzie bohaterzy o chrzcie świętym mówią jako o „posoleniu dzieciaka"?

Wszystko zależy więc od proboszcza?

Niewątpliwie. I bardzo liczę na rozsądek oraz wyczucie liturgiczne i katechetyczne duszpasterzy. Tym bardziej że często mogą pojawić się różne problemy. Na przykład w sprawie kalendarza liturgicznego, o którym zresztą motu proprio nie wspomina, a szkoda. Przedsoborowy kalendarz liturgiczny jest inny od aktualnego. I tak, trzy niedziele przed Popielcem przypada w nim Niedziela Siedemdziesiątnicy (In Septuagesima), która rozpoczyna okres pokutny: kolor szat jest fioletowy, nie śpiewa się już Alleluja. Trochę dziwnie będzie wyglądać, jeśli rano w parafii będzie się odprawiać taka Msza, a zaraz po niej Msza z Niedzieli Zwykłej, w zielonym kolorze i z Alleluja. A co z obchodami wspomnień świętych? A co z lekcjonarzem, którego układ w obu obrządkach jest inny? A brewiarz? Obecne motu proprio pozwala księżom na odmawianie „starej" liturgii godzin. Jeśli taką opcję wybierze proboszcz, ale nie wikary, to już się razem na brewiarzu nie pomodlą, bo różnica jest nie tylko w języku, ale i w rozkładzie psalmów, a nawet w samej strukturze poszczególnych godzin liturgicznych.

Powiem szczerze, że - pomimo najlepszych intencji Twórcy nowego dokumentu - obawiam się, iż może on spowodować sporo zamieszania w głowach wiernych. A ponadto mam wrażenie, że choć motu proprio ma być kolejnym wyciągnięciem dłoni do tradycjonalistów katolickich, a także do lefebrystów, to niestety nie zadowoli on ani jednych, ani drugich.

Dlaczego Ojciec tak myśli?

Pamiętam pewne zdarzenie. We Francji utrzymuję przyjazne kontakty z siostrami dominikankami tradycjonalistkami. Ich zgromadzenie powstało w latach 30. XX . Nie są lefebrystkami, są w jedności z Kościołem, należą do rodziny dominikańskiej. W Normandii, gdzie mają dom generalny, prowadzą dwie szkoły z internatem: podstawową, dla chłopców pochodzących z rozbitych rodzin, oraz liceum dla dziewcząt z bardzo dobrych domów. W kaplicy zawsze sprawowana jest przedsoborowa liturgia, do niedawna możliwa dzięki specjalnemu pozwoleniu z Rzymu. Kiedy tam byłem, oczywiście w niej uczestniczyłem. Ostatnio, podczas rozmowy z matką generalną zapytałem ją - podobnie jak wy mnie - jak ona i siostry zareagowały na decyzję papieża.

Co odpowiedziała?

„Bardzo się ucieszyłyśmy, naprawdę. Bo wie Ojciec, to pozwala mieć nadzieję, że nadejdzie taki dzień, iż będzie jedna liturgia w Kościele". Siostra miała na myśli oczywiście liturgię przedsoborową. Zrozumiałem wtedy, że dla tych sióstr Msza Pawła VI to jakaś przejściowa chimera. Właśnie taka postawa jest źródłem mojego niepokoju.

Dlaczego?

Bo tradycjonaliści uważają, że dawny ryt mszalny jest lepszy. Nie pozostali przy nim dlatego, że »-

mają cześć dla języka Cycerona czy dawnej formy liturgii, ale dlatego, że uważają, że nowa Msza nie w pełni wyraża istotę Eucharystii. Wartościują. I dlatego nie sądzę, że zbyt długo będą zadowalali się statusem „nadzwyczajnego wyrazu modlitwy", jaki dla ich rytuału zarezerwował dzisiaj Benedykt XVI. Z lefebrystami jest jeszcze gorzej: oni chcą wprost odwołania dokumentów ostatniego Soboru. Nie łudźmy się, spór nie idzie ani o łacinę, ani o to, w którą stronę ma się obracać kapłan, sprawujący Najświętszą Ofiarę, ale o teologiczną i ideologiczną wizję Kościoła.

To znaczy...

Msza Piusa V to nie tylko mówienie po łacinie i celebrowanie przodem do ołtarza, a tyłem do wiernych. Za nią stoi cała duchowa i teologiczna tradycja, z której znaczenia my sobie dzisiaj nie zdajemy sprawy, i myślę, że nie zdają sobie z niej sprawy nawet ci, którzy o tę liturgię walczą. W czasie pobytu u wspomnianych sióstr czytałem książkę Hansa Ursa von Balthasara „Kim jest chrześcijanin" (wyd. pol.: Editions du Dialogue, Paryż 1971). Powstała tuż po Soborze i podczas lektury wyraźnie się to odczuwa. Czytelnik dostrzega, że tego wielkiego teologa bardzo cieszą reformy, ale nie wszystko mu się podoba. Podczas lektury moją uwagę przykuły słowa: „Czyż poza przestrzenią i ponad czasem historycznym nie uobecnia się [w Eucharystii] sama pełnia czasu, skoro Syn Boży obarczony brzemieniem grzechów świata, brzemieniem moich grzechów, porażony błyskawicą Sądu Bożego, zstępuje do wiekuistej nocy? Na tym etapie nie ma jeszcze żadnej wspólnoty. Istnieje jedynie mnóstwo atomów grzechu. I ja istnieję jako jeden z nich" (s. 35). Można powiedzieć, że to tylko jedna z duchowych interpretacji Eucharystii, ale podkreśla ona, wysnuty z przedsoborowej liturgii mszalnej, wątek niegodności grzesznego człowieka wobec niewyobrażalnej świętości Chrystusowej Ofiary. W Mszy trydenckiej jesteśmy przechodniami, gośćmi. Patrzymy na Ofiarę, którą składa kapłan, i z Bożego nieskończonego miłosierdzia jesteśmy w nią włączeni. Łączymy się i... Co potem? Znowu się rozsypujemy na „atomy grzechu"?

My, dzisiaj, jesteśmy wychowani w przekonaniu, że kiedy przychodzimy do kościoła, już jesteśmy wspólnotą. Chrystus już jest między nami obecny, bo to On nas zwołuje i my jako wspólnota ofiarę Chrystusa, razem z Nim, celebrujemy. Można powiedzieć, że liturgia posoborowa podkreśla aspekt naszej godności, jako dzieci Bożych. Oba te aspekty - godność i grzeszność - wyrażają prawdę o nas, i moim zdaniem oba są doskonale obecne w posoborowym rycie mszalnym. Tradycjonaliści zapewne tak nie uważają.

Ale we Mszy nie ma ani słowa o tych „atomach".

Nie ma. Jednak już w średniowieczu zaczęto uważać, że świeccy tylko asystują we Mszy. Ofiara dokonuje się „tam z przodu" w obecności kapłana, jedyne, co może zrobić reszta wiernych, to na nią popatrzeć. Nikt nie mówił wtedy: „uczestniczyłem we Mszy".

Raczej „wysłuchałem Mszy".

No właśnie, a we Francji: „byłem zobaczyć Boga". To myślenie nie jest obce także innym chrześcijanom. W pewnym stopniu jest obecne do dziś na przykład w prawosławiu. W cerkwi, jeżeli ktoś nie przyjmuje Komunii Świętej, wcale nie musi być obecny na liturgii od początku do końca. Może sobie przyjść, pobyć chwilę w atmosferze nieba, Boskiej liturgii. To mu wystarczy: widział Boga, pomodlił się i wychodzi, a święta liturgia trwa dalej.

Z pewnością można i tak, ale przecież teologia, a co za tym idzie - nasze poznanie Boga i Kościoła, rozwijają się. Skoro doszliśmy do przekonania, że jesteśmy wspólnotą, i we Mszy jako wspólnota uczestniczymy, to dlaczego mamy się teraz cofać?

Powtarzam, w sporach o formę liturgii Mszy nie chodzi o język, o szaty liturgiczne, o to, w którą stronę zwrócony jest kapłan, ale o pewną koncepcję człowieka, Kościoła, Ofiary Chrystusa, o formację duchową chrześcijan. Niektóre reformy Soboru Watykańskiego dotarły do Polski dopiero w latach 80. XX w. Dopiero przyjęliśmy Sobór Watykański II - choć chyba jeszcze nie do końca - i teraz co, wszystko na odwrót, tylko dlatego, że niektórzy na Zachodzie nadużywali dokumentów soborowych lub ze Mszy św. czynili jakieś niestworzone mityngi? Zwracam uwagę, że w Polsce ruch tradycjonalistyczny czy lefebrystyczny właściwie nie zaistniał. Dlaczego? Bo my przyjęliśmy Mszał Pawła VI jako autentyczny ryt, ze wszystkimi rubrykami i zaleceniami, a nie - jak to było na Zachodzie - jako rodzaj propozycji ad libitum, zachęcającej do eksperymentów i udziwnień.

W koncepcji Kościoła głoszonej przez tradycjonalistów, a głównie przez lefe-brystów, nie ma miejsca na ekumenizm ani na dialog z innymi religiami - nie ma o czym rozmawiać, wszyscy mają się nawrócić, to jest: powrócić na łono Kościoła...

W 1989 r. pojechałem wraz z kilkoma braćmi na Łotwę. Kościół łotewski w tamtym czasie nie miał jeszcze nowej liturgii, odprawiano „po staremu". Biskupi, dopóki Łotwa znajdowała się w ZSRR, bali się jakichkolwiek zmian.

15 sierpnia pojechaliśmy do Agłony, byłego klasztoru dominikanów, bardzo ważnego miejsca dla historii tego kraju - moi współbracia przed kilkoma wiekami po raz pierwszy przetłumaczyli tam Biblię na język miejscowy (ładgalski). To najważniejsze na Łotwie sanktuarium maryjne z cudownym obrazem Matki Bożej. Mimo zarządzeń komunistów, zabraniających urządzania procesji podczas nabożeństw, a nawet wystawiania głośnika na zewnątrz kościoła, co roku przybywały tam tłumy. Pewien diakon, który odważył się wystawić głośniki, przez dziesięć lat musiał czekać na święcenia kapłańskie. Komuniści powiedzieli kardynałowi Julijansowi Vaivodsowi, aby go nie wyświęcał, bo i tak nie pozwolą mu objąć żadnej parafii.

W 1989 komunizm chylił się ku upadkowi - atmosfera była zupełnie inna. Panowało radosne podniecenie, bo okazało się, że będzie sprawowana Msza na zewnątrz kościoła (z nagłośnieniem), odbędzie się też procesja eucharystyczna. Co więcej, po raz pierwszy na Łotwie zostanie odprawiona Msza w języku narodowym. Euforia była nieprawdopodobna. W świątyni tłum ludzi odmawiających różaniec. Odmawiano go przez całą noc - bez przerwy; kiedy kończono jeden, zaczynano następny. Zauważyłem, że w sanktuarium co rusz pojawia się jakiś łotewski ksiądz, by choć na chwilę się pomodlić, odprawić Mszę, a potem wrócić do swojej parafii. Wyglądało to mniej więcej tak. Wszyscy zgromadzeni w kościele odmawiali różaniec: „Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty...". Nagle dzwonek: dzyń... dzyń... dzyń... Cisza. W oddali, przed ołtarzem z cudownym obrazem, kapłan podnosi Hostię. Dzyń... dzyń... dzyń... Podnosi kielich.„...między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego Jezus, Święta Mario, Matko Boża...". Dwadzieścia minut przerwy i znów to samo: dzyń... dzyń... dzyń... Znowu cisza. Podnosi Hostię. Dzyń... dzyń... dzyń... Kielich. I tak przez całą noc. Niezwykle wzruszający widok: rozmodleni ludzie, kapłani przyjeżdżający z całego kraju, by odprawić Mszę przed obrazem Matki Bożej i ten, wyrażający się w chwilowej ciszy, szacunek dla odprawianej gdzieś w głębi kościoła Eucharystii. Z drugiej jednak strony, Msza święta, w której nie uczestniczył zgromadzony w kościele Lud Boży, była dla mnie czymś trudnym do zrozumienia i zaakceptowania.

Następnego dnia na placu przed kościołem sprawowana była uroczysta suma. Ja sam na Mszy byłem z rana, przechadzałem się więc po sanktuarium w „cywilu" (przestrzegano nas, abyśmy lepiej nie mówili, że jesteśmy klerykami z Polski, bo kręcą się jeszcze agenci bezpieki). Miałem za to brewiarz w charakterystycznej, skórzanej oprawce. Jeśli chciałem gdzieś wejść,

ukradkiem go pokazywałem i wpuszczano mnie. Tak dotarłem do prezbiterium, a tymczasem na placu skończyła się Msza i ruszyła procesja eucharystyczna do kościoła. Gdy dzieci z kwiatami poprzedzające Najświętszy Sakrament pojawiły się w progu świątyni, zaintonowano uroczyste Te Deum. Do nawy wszedł biskup pomocniczy ryski niosąc monstrancję, a za nim... - nie wierzyłem własnym oczom - prawosławny biskup otoczony dziesiątką prawosławnych księży, ubranych w złote, uroczyste szaty. Po nich... kolor czarny - to biskup luterański ze swoimi pastorami. Myślę sobie: „Panie Jezu, przecież to niemożliwe. Luteranie w eucharystycznej procesji? Co się tutaj dzieje?". Stanęli przed ołtarzem, do którego podszedł biskup, by udzielić błogosławieństwa. Patrzę, a wszyscy padają na kolana, łącznie z prawosławnymi i luteranami. Przecież gdyby tu był jakikolwiek zachodni teolog, przyzwyczajony do odmierzania teologicznych pozycji przy pomocy krawieckiego centymetra, to dostałby apopleksji! Cieszymy się, kiedy luteranie z szacunkiem stoją w czasie podniesienia, a tam wszyscy uklękli przed Najświętszym Sakramentem i nikt nie był zdziwiony. To było normalne.

Dlaczego to opowiadam? Lefebryści powiedzą: „O to właśnie chodzi. Tak ma być. Jedność z Rzymem, któremu wszyscy są poddani". Tylko że to, co widziałem, czego doświadczyłem, z żadnego poddaństwa nie wynikało. To wynikało z miłości, ze zjednoczenia wokół Chrystusa.

Rzym do tego nic nie miał...

Właśnie. To nie miało nic wspólnego z teologicznymi dysputami, z prymatem papieża, z podporządkowaniem Rzymowi. To był poryw serca. Właśnie w takich chwilach jesteśmy razem i jedno wobec Chrystusa. Pomyślałem sobie na początku: szkoda, że przez tyle lat Łotysze byli odcięci od owoców Vaticanum II, ale potem dotarło do mnie, że to być może bardzo dobrze, bo dzięki temu nie wiedzieli, że tak nie wypada. Na Zachodzie na taką procesję nikt by się nie zgodził.

Opowiadałem niedawno o tym zdarzeniu mojemu współbratu z Wikariatu Krajów Bałtyckich. Uśmiechnął się do mnie smutno i powiedział: „Nie martw się, dziś już tego nie ma".

Dla tradycjonalistów argumentem za liturgią Piusa V jest jej niezmienność, mówi się o Mszy wszech czasów. Tę „jedyną naprawdę katolicką Ofiarę" przeciwstawia się ciągle zmieniającej się Mszy Pawła VI. Czy rzeczywiście Msza Piusa V jest niezmienna?

Każdy fundamentalizm ma to do siebie, że nie bierze pod uwagę rzeczywistości, głosi coś wbrew rozumowi, zdrowemu rozsądkowi. Otóż Msza zmieniała się i przed Trydentem, i po nim. Motu proprio Summorum Pontificum wymienia kolejnych papieży, reformatorów liturgii mszalnej: św. Grzegorza Wielkiego, św. Piusa V, Klemensa VIII, Urbana VIII, św. Piusa X, Benedykta XV, Piusa XII, bł. Jana XXIII i Pawła VI. Niech to wystarczy za wszelki komentarz.

Kościół ma prawo, w granicach zachowania treści symbolu, zmieniać rytuał Mszy.

Ale wielu ludzi interesuje się bardzo Mszą trydencką. Dlaczego? W naszym kraju nie było przecież tylu nadużyć liturgicznych co na Zachodzie, reformy soboru były wprowadzane bardzo spokojnie...

Chyba dlatego, że moda na tę Mszę przychodzi z Zachodu. A przecież - wciąż myśli tak wiele osób - tam wszystko jest lepsze: lepsze jedzenie, lepsza praca, moneta, no to i Msza pewnie też

lepsza. Polscy tradycjonaliści mówią: „Oni wiedzą lepiej, bo przeżyli ten koszmar nadużyć, mają takie a nie inne doświadczenia. Lepiej się zabezpieczyć, lepiej wrócić do starych, sprawdzonych form, żeby nas nie spotkało to samo". No, tylko że w ten sposób przenosimy na nasz grunt coś, co nie miało u nas miejsca, reakcję na coś, co nigdy nie zaszło. Próbujemy zainstalować u nas skutki bez przyczyny.

Jest w tym wiele lęku.

To postawa oblężonej twierdzy. W tradycjonalistach jest wiele lęku rodem z XIX w., kiedy Kościół musiał zmagać się z różnymi prądami wolnomyślicielskimi, był atakowany z wielu stron. Jeżeli ktoś zatrzyma się na tym okresie, będzie wołał: „Brońmy Kościoła, bo wszyscy wokół chcą go zniszczyć!".

Wszyscy, czyli kto?

Liberałowie, moderniści, masoni, Żydzi i komuniści...

Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że posoborowi katolicy grzeszyli czasem pewną naiwnością. Uważam, że świat jest dobry, taki został stworzony, ale nie można być naiwnym i nie zauważać pewnych rzeczy: w Europie Środkowej komuniści rzeczywiście prześladowali Kościół, a we Francji rolę prześladowcy wzięła na siebie wolnomyślicielska lewica, socjaliści.

Muszę przyznać, że słuchając w tamtejszej telewizji niektórych lewicowych komentatorów podsumowujących wizytę Benedykta XVI, łapałem się za głowę. „Dokonał się właśnie najazd religii na nasze laickie państwo" - mówili. Pytali rozdrażnieni: „Dlaczego Msza odbywała się na Placu Inwalidów, a nie w jakimś kościele?", „A w ogóle dlaczego prezydent przyjmuje papieża i to tak serdecznie?". Ktoś próbował tłumaczyć, że papież również jest głową państwa, ale zaraz pojawiła się odpowiedź: „Bzdura! Watykan nie jest państwem". „A dlaczego?" - zapytał ktoś. „Bo go nie ma na liście ONZ". Porażający argument, nieprawdaż? Tylko czy to ONZ decyduje o tym, co jest państwem, a co nie? To ONZ założyła państwa, czy może odwrotnie: państwa założyły ONZ? Najmocniej dostało się prezydentowi, ponieważ Sarkozy używa sformułowania „laickość pozytywna", „pozytywna świeckość". Lewicowi komentatorzy i politycy mają pianę na ustach, kiedy to słyszą.

Bo wychodzi na to, że istnieje jeszcze laickość negatywna...

Właśnie. Przez dwieście lat Republika Francuska zajmowała się między innymi tym, jak odsunąć religię z debaty publicznej i uwolnić państwo od wpływu Kościoła. To ostatnie ma oczywiście

swoje dobre strony. Niestety tak się zapędzono, że zepchnięto religię na margines. Republikanie mieli nadzieję, że kiedy usuną religię z głównego nurtu dyskusji, ona zniknie. Nie chodziło tylko o religię chrześcijańską, ale o religię jako zjawisko. Okazało się jednak, że nie tylko nie zniknęła, ale zaczęła się rozwijać „na dziko". Dotyczy to zwłaszcza islamu, któremu na tym marginesie wiedzie się bardzo dobrze. Teraz wielu polityków otwiera oczy ze zdumienia, bo okazało się, że na przedmieściach Paryża wybuchają konflikty, i to na tle religijnym. Byli przekonani, że religia zniknęła, a Republika tak wszystkich oświeciła, że już na zawsze zapanuje pokój. Nie. Co więcej, ostatnie badania socjologiczne wykazały, że Francuzi mają potrzeby religijne, chociaż nie śmieją o tym mówić głośno. Mnóstwo obywateli Republiki chodzi do wróżek, chiromantów, jeździ do cudownych miejsc na pielgrzymki, chociaż często deklarują się jako niewierzący. Religię zastąpiła magia, dzikie sacrum.

Tradycjonaliści, którzy to dostrzegają, wytykają nam, posoborowym katolikom, że za bardzo się otworzyliśmy, że się zlaicyzowaliśmy, a to wszystko przez Sobór Watykański, który zamydlił nam oczy, przekonując, że świat jest dobry i trzeba rozpocząć z nim dialog. Mają trochę racji, popełniliśmy pewne błędy, to jednak nie wina soboru, ale nasza.

Sobór Watykański II otworzył pewną przestrzeń wolności. Działając w niej, można oczywiście popełnić błędy, ale jednocześnie jest to wezwanie do większej odpowiedzialności za wiarę, za życie. Być może niektórzy wolą żyć w świecie, w którym zostało z góry określone, co jest białe, a co czarne...

Zgadza się. Sobór Watykański II proponuje coś o wiele trudniejszego, i rzeczywiście, jeśli człowiek potknie się o coś i rozbije sobie nos, to zaczyna tęsknić za powrotem do czegoś łatwiejszego, do stanu, w którym będzie miał wyznaczone granice i nie będzie musiał zaprzątać sobie głowy na przykład dialogiem z muzułmanami.

Bo wiadomo, że „muzułmanie są źli"...

Sobór przypomniał niezwykle ważne pytania: „Jak Bóg zbawia tych, którzy są poza Kościołem, którzy żyją tam, gdzie Kościoła nie ma?", „Czy mamy prawo nawracać kogoś wbrew jego woli?", „A jeśli Bóg w swym miłosierdziu może zbawić także pogan, to po co ich nawracać?". Tradycjonaliści uznali natomiast, że w ten sposób zabito ducha misyjnego w Kościele. Po co bowiem głosić Chrystusa Indianom w Amazonii czy Murzynom w Afryce, jeśli i tak zostaną zbawieni?

No właśnie, po co?

Bo tak nakazał nam Chrystus! A ponadto dlatego, że w ten sposób dzielimy się największym dobrem, jakie mamy i którego doświadczamy. Sobór każe nam postawić sobie pytanie o naszą motywację, o to, czy głosząc Chrystusa, dzielę się dobrem, czy też tylko wykonuję zadanie werbunkowe lub ewentualnie ratuję dusze od piekła. Jeśli tak, to będą się dla mnie liczyły tylko statystyki: ilu niewiernych udało mi się dziś ochrzcić. To, czy ktoś przed przyjęciem chrztu dobrze poznał Chrystusa, będzie sprawą drugorzędną. Trzeba zadbać o jakość własnej motywacji, o jakość swej wiary, tego uczy i tego wymaga ostatni sobór.

Oczywiście zewnętrzne formy też są ważne i mogą powiedzieć o tym, co jest wewnątrz. Jednak znamy również zjawisko pustej formy. Jeden z moich współbraci, starszy już ojciec, wyznał mi kiedyś, że dręczy go pewien problem. Wstępował do zakonu, kiedy magistrem nowicjatu był bł. Michał Czartoryski OP. Było to zatem przed II wojną światową. Wówczas wszystko w życiu zakonnika było określone, każdy gest mówił o Bogu. Żalił mi się: „Uczyli nas nawet, jak mamy składać ręce pod habitem, a teraz, proszę ojca, wszystko zniszczyli... Nie ma ciszy, nie ma skupienia...". Kiedy wstępował do zakonu, te zewnętrzne formy i gesty były prawdopodobnie pełne treści. Po jakimś czasie, nie wiadomo dlaczego i z czyjej winy, treść się ulotniła, a pozostała pusta forma. Odpowiednie ułożenie dłoni stawało się czasem ważniejsze niż wewnętrzna postawa. Za źle złożone ręce można było dostać surową pokutę i nikt wówczas nie pytał, czy ta osoba się modli, bo zakładano, że oczywiście tak. Bracia jednak, doświadczając pustki tych gestów, z czasem z nich zrezygnowali. Mieli nadzieję, że wtedy urośnie duch.

Urósł?

Nie do końca. I dlatego na Zachodzie obserwuje się dziś, zwłaszcza wśród młodych braci, powrót do niektórych zewnętrznych form i znaków.

Zewnętrzne gesty są nam potrzebne - nie jesteśmy przecież duchami. Muszę jednak przyznać, że w Polsce całkiem dobrze rozumie się zewnętrzne formy religijności i całkiem mądrze

się ich używa. Klękamy, kiedy wchodzimy do kościoła, czynimy znak Krzyża wodą święconą, odmawiamy głośno różaniec. Każdy tutaj wie, do czego służy kropielnica, a w Paryżu, w katedrze w Notre Dame, wisi obrazkowa instrukcja, bo ktoś mógłby pomyśleć, że woda święcona służy do obmyć lub - nie daj Boże! - do picia. Tam, na Zachodzie, tradycjonaliści mogą nam przypomnieć bogactwo, treść i symbolikę wielu gestów, zewnętrznych znaków.

Pojechałem kiedyś na rekolekcje do tradycjo-nalistycznej wspólnoty w Fontgombault. Jest to francuskie opactwo benedyktyńskie - fundacja Solesmes. Wspaniale wykonują chorał - najlepszy, jaki w życiu słyszałem. Zapytali mnie, jaką Mszę będę odprawiał. „Taką, jaką znam - odpowiedziałem - Pawła VI". „Po łacinie czy po francusku?". „Po łacinie". Nie było żadnego problemu - w tym klasztorze można sprawować obie Msze, choć najczęściej mnisi wybierają trydencką.

W kościele jest chyba dziesięć ołtarzy. Codziennie, w absolutnej ciszy, do świątyni wchodzą ojcowie i każdy indywidualnie odprawia Mszę. Ta cisza robi naprawdę niezwykłe wrażenie. Co wieczór dostawałem małą karteczkę, na której było napisane: „W zakrystii o godzinie takiej a takiej". Na przykład 7.40 albo 7.35 – wszystko dopracowane co do minuty. Kiedy rano schodziłem, czekał już na mnie brat, który miał służyć do Mszy. W kapturze na głowie wyszedłem odprawić Mszę. Kiedy przechodziłem obok któregoś z mnichów krzątających się po prezbiterium, ten składał głębokie ukłony. Byłem tym nieco skrępowany, ale i wzruszony. Doszedłem do ołtarza, pochylam się przed nim, jeszcze nie zdążyłem się wyprostować, a tu brat zdejmuje mi z głowy kaptur. Wstępuję na stopień ołtarza, a braciszek pada na kolana i podnosi mi rąbek szaty. Podczas Mszy odpowiada szeptem na wszystkie wezwania modlitewne. Przyszedł moment podniesienia: podnoszę Hostię, a mój ministrant... podnosi mi z tyłu ornat. Kiedy wracałem do zakrystii, ci sami mnisi, którzy wcześniej bili pokłony, teraz padali na kolana - z szacunku przed kapłanem, który niesie w sobie Chrystusa. Gesty te są piękne i naprawdę mają głębokie znaczenie. Nie można jednak wpaść w przesadę - no bo jak długo po odprawieniu Mszy jestem żywą monstrancją?

Czy tego bogactwa gestów nie można odnaleźć w Mszy Pawła VI?

Można. Kiedy przyjeżdżam z Paryża do Krakowa i uczestniczę w naszym klasztorze w sprawowanej o godzinie 12 uroczystej Mszy konwenckiej, to myślę sobie, że takie jej celebrowanie codziennie, przez cały rok, jest naprawdę wielkim wyzwaniem, pracą, ale też wielkim darem. Chwała Panu Bogu, że jest tak starannie odprawiana, bo to pokazuje, że nie tylko liturgia Piusa V, ale także Pawła VI może być sprawowana godnie, może być piękna, pociągająca, pełna symboliki i co najważniejsze - pociągająca człowieka ku Bogu.

o. Paweł Krupa, dominikanin, historyk, członek Commissio Leonina, zajmującej się krytycznym wydaniem dzieł św. Tomasza z Akwinu, mieszka w Paryżu
_____________________________

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz